Cmentarz leśny był jak jeden z wielu w okolicy. Zaniedbany, zasłany liśćmi, zamaskowany mchem i bluszczem, miejscami zruszoną ziemią świadczącą o żyjących pod kilkoma nagrobkami zwierzątkach.

Istniała za to pewna różnica jaka charakteryzowała miejsce spoczynku dawnych mieszkańców spośród innych. Otóż stały tu żelazne krzyże, niezwykle cenne dla lokalnej społeczności. Cenne, gdyż umożliwiające zdobycie pewnej ilości gotówki na najbliższym skupie złomu.

A głupie to były lata osiemdziesiąte dla historycznej poniemieckiej pamięci. Ostatnie cmentarze, gdzieś na uboczu znajdujące się, ulegały grabieży. W latach poprzednich udało się jakoś ustrzec je przed zniszczeniem ze strony rąk ludzkich.

I takimż był piniewski cmentarzyk. Mieszkańcy tejże osady, dawniej folwarku, nie pamiętali położenia cmentarza, jednak nastał taki dzień, kiedy grupa mężczyzn, silnie podpitych, podjechała pegeerowskim Żukiem i w jeden dzień porozbijała nagrobki, a krzyże z napisami zmarłych oraz krótkimi gotycko wypisanymi epitafiami wrzuciła na podłogę dostawczaka celem wywiezienia na skup złomu.

– Patrzcie, kurwa!

– Co tam niesiesz, Kapsel?

Pewien gość, zwany Kapslem przez pozostałych, niósł owalny przedmiot pod pachą. Gdy zbliżał się do bandy wiejskich szabrowników wypluł tkwiącego dotąd w szparze pomiędzy zębami papierosa.

– Pojebało cię? Zabierz to ode mnie! Ten bimber całkowicie zasrał ci mózg!

Drugiego z bandy odrzucił sam widok przedmiotów. Pozostali również pochylali się tylko, trzymając ręce w kieszeniach. Nikt nie odważył się dotknąć ludzkiej czaszki leżącej w niemieckim hełmie.

Niesiesz to do domu?

– A czemu by nie? – odparł pytaniem szczęśliwy ze znaleziska szczerbaty Kapsel

Szabrownicy kończąc flaszkę, zapijali resztki z jednej butelki. Kapsel stojąc rzucił butelkę w pozostałości bukowego szpaleru stanowiącego niegdyś parkan graniczny leśnego cmentarza.

Wsiedli do burczącego na wolnych obrotach Żuka i po godzinie jazdy na najbliższym skupie złomu sprzedali bez przeszkód cały szaber. Kierowca na zakończenie dnia rozwiózł wszystkich miejscowych po chałupach.

Kapsel pomieszkiwał sam w chałupie, którą wszystkie kobiety we wsi nazywały ruderą, od bałaganu i śmieci znajdujących się wokół, jak i wewnątrz. Rozpalił w piecu i postawił znalezisko we wnęce starego kredensu, poprawiając zgrabnie hełm leżący po ukosie odkrywając połowę czaszki. Tak usiadł z puszką piwa w fotelu, oglądając telewizor, sporadycznie podkładał do pieca.

Po paru godzinach, około godziny dwudziestej trzeciej, gdy tematyka programów powoli zmieniała się, zaczął przysypiać. Wpół pusta puszka wypadła mu z ręki na podłogę wzbudzając trzask pozostałych kilku leżących od pewnego czasu. Telewizor wyłączył się i w pokoju zrobiło się ciemno. Kapsel drzemał w fotelu. Z każdą minutą oddech jego stawał się coraz bardziej niespokojny. Pojawiła się wizja, mara senna. Zobaczył w niej, jak czaszka wraz z hełmem podniosła się z kredensu, sprawiając wrażenie osadzania się na szyi niewidzialnego ducha. Czuł, że ktoś przed nim stoi. Ktoś wysoki i postawny. Czaszka po umocowaniu na niewidzialnym tułowiu unosiła się i patrzyła uważnie na Kapsla, stopniowo przybliżając się ku niemu. Szabrownik poczuł wrażenie, jakby ktoś się nad nim pochylał.

I nagle szczęka ducha zaczęła się poruszać i Kapsel usłyszał kilka zdań po niemiecku. Nie rozumiał jednak tego co mówiła zmora, lecz domyślał się najgorszego. Zeszczał się, zalewając cały fotel pod sobą, spodnie i podłogę. Wszystkie pozostałe części ciała również miał sparaliżowane ze strachu.

Minęło kilka godzin, kiedy wrócił do siebie. Trzęsąc się chwycił czaszkę wraz z hełmem i czym prędzej odniósł je na cmentarz, zasypując ziemią.

(Na faktach spisane)