(…) Święty to był czas dla „lauksów”. Po obchodach świąt pożniwnych łaźnie zapełniły się mieszkańcami, a dymy uchodzące ze „stabni” oraz „acoodis” świadczyły wszystkim o kończącej się porze letniej. Nadchodził „śaktarp” – każdemu znana pora roku świadcząca o kilkutygodniowym pobycie w „buttan”.

Butyse zamykając podległe sobie barcie, wracał z puszcz, wioząc w sakwach okalających „balgnan” mocno przytroczonych do grzbietu konia dwa wielkie dzbany syconego miodu. Nie było to wiele na kilkanaście gęb zamieszkujących „buttan”, ale wyjątkowość suszy jaką zapanowała w ziemi Prusi uniemożliwiła zebranie większej ilości nektaru.  Był jedynym, który sycił złoty płyn w puszczy. Zwyczajowo podobni jego profesji zjeżdżali kilkakrotnie w czasie „dagis” i zwozili płyn, który przetwarzano na miejscu dla własnych potrzeb.

Anneyde od kilku dni wyczekiwała powrotu męża. Nie wiedząc kiedy dokładnie powróci z letniej pracy, codziennie wypatrywała w stronę, którą blisko pół roku temu udał się do przeznaczonego mu zajęcia. Jako jedyna z kobiet w „buttan” posiadała swobodę w czynieniu jakiejkolwiek pracy. „Buttantaws” nie miał prawa do czegokolwiek jej zmuszać, co gwarantowało jej stanowisko Butyse. Bartnik był bardzo poszukiwany w każdym „lauksie”, a nie każde gospodarstwo mogło pozwolić sobie na posiadanie własnego.

Anneyde nie oczekiwała, że w takiej oto chwili ujrzy swojego Butyse. Rozdzielając mięso z kości, nie spodziewała się, że bartnik będąc tak blisko, pozostawi konia przy bramie i przybiegnie do niej.

Niezwłocznie wpadli sobie w ramiona. Wiele mieli sobie do powiedzenia, ale wargi ich pozostały w milczeniu, a oczy wpatrywały się siebie głęboko, wyrażając wszystko, co miałyby wypowiedzieć usta. Anneyde zniecierpliwiła się spokojem męża i zaciągała go do pomieszczenia, gdzie spędzali zimowe noce:

– Ile to można gapić się w siebie! Właź mi tu! Cały „dagis” cię nie było. A ty nic tylko się patrzysz, jak sowa w pień w ciągu dnia.

– A koń?

– Kto jest ważniejszy? Ja, czy koń?

Butyse uśmiechnął się, zatrzaskując drzwi.

Przez kilka chwil gdy Anneyde i Butyse zajęli się sobą, my opowiemy jak to stało że poślubili się wzajemnie. Otóż panował w Prusi taki obyczaj, że mężczyzna wieku pełnego, nim poślubił kobietę musiał sobie ją najpierw kupić. Ojciec młodego wystosowywał prośbę do ojca wypatrzonej dziewczyny o chęć wykupienia jednej bądź kilku córek dla syna na zamążpójście. W tym wypadku wybór padł na Anneyde. Transakcja została dopełniona i panna zmieniła dom zamieszkania, zadowalając obie strony, głównie z powodu pracy jaką zajmował się Butyse. Jak już wspomniano. Prusi zawsze odczuwali braki kadrowe bartników, a miód początkowo trafiał tylko do zamożniejszych (z czasem stał się pospolity), dlatego Butyse nie musiał zakładać własnego gospodarstwa, a został w gospodarstwie ojca jako pożądany rzemieślnik. Ponadto jako mężczyźnie przysługiwało mu prawo nabycia drugiej żony, lecz skutecznie zwlekał z tym. Coś mówiło mu w podświadomości, że Anneyde jest tą kobietą, która mogłaby mu wystarczyć za inne. Powróćmy teraz do obydwojga. Butyse wyszedł jako pierwszy i niosąc koszulę przyozdobioną świątecznymi, kolorowymi haftkami na rękawach, „lagno” i „kurpe” zmierzał do łaźni, z której wrócił po godzinie.

– Daj mi „wilnis”! Chłodno się robi. – poprosił Butyse

– Zmierzcha. Zostaniesz? Czy pójdziesz do świętego gaju?

– Pójdę, ale jutro.

– Lubana wybrali by prowadził uroczystości.

– Zły to pies, chociaż wiek szanowny. Przygotowałaś jadło i miód?

– Tak – odparła Anneyde

Na drugi dzień z rana obydwoje podążyli do świętego gaju, tam gdzie znajdowały się rzędy grobów i po oznaczonym przez siebie miejscu pod odprawieniu modlitw zasiedli z rodziną wspólnie nad grobem ucztując i pijąc. Głośno wzywali imiona zmarłych:

– Kaysyni! Drawdym! Eykant! Przybądźcie na ucztę ku waszej czci! Sambur! Wissebir! Szanowni przodkowie! Dołączcie! Spożywajcie! Pijcie razem z nami! Żywymi jeszcze tego dnia!

Zawartość uroczystych rogów prócz do gardeł lano na ziemię często i obficie. Miód, kumys na przemian z wodą moczyły głęboko grób, a rodzina żywo ucztująca coraz to wychwalała czyny zaprzeszłe chwalebne, gorszące oraz te nijakie. Liczono toasty głośno je wymieniając, by zmarły usłyszał i nieskrępowanie duchem uczestniczył w ich świętowaniu, a zarazem wyraził chęć obserwowania przyszłych wypraw łupieżczych.

Z biegiem mijanego czasu po paru dniach święty gaj wyludnił się.  Przy kopcach pozostawało coraz mniej żywych. Część udała się do „buttan”, inni kończąc przyniesione zapasy czule żegnali się z duchami.

I tak powoli Prusi godzili się na nadejście „Śaktarp”. Święto kończyło się. Nastał czas leczenia się po popijawie w codziennych kąpielach w łaźniach, wychwalając przy tym wielbione bóstwa.

Nieznane słowa są pochodzenia pruskiego i są nieużywane od pięciuset lat. Tak wyglądało święto zmarłych w Prusiech właściwych – plemiennych, nim przyszło chrześcijaństwo na te ziemie.

Celowo nie zapisałem tłumaczenia słów pruskich. Tekst powyższy jest jedynie małą próbą poruszenia tejże tematyki – bardzo intrygującej zresztą.