Nein

lato 2008

Lato tego roku było upalne i suche. Szosą krajową nr 7 mknął dwudziestoletni Mercedes wracający z portu w Gdyni. Klimatyzowane auto nie powodowało uciążliwej podróży – wewnątrz było chłodno i cicho.

– Pani po raz pierwszy w tych stronach? – spytał ciekawie kierowca ściszając radio.

– Można by tak powiedzieć.

Z ust starszej pani pomimo wyraźnie wypowiedzianej polszczyzny dawało się wyczuć niemiecki akcent. Starsza pani w kapeluszu niechętnie wypowiadała słowa obcym językiem. Oczy jej pomimo uśmiechu i ciekawości wynikającej z obserwacji mijanych Żuław wyrażały żal, chcąc powiedzieć o tragicznej przeszłości.

– Pani nie określiła jeszcze celu podróży – zagajał.

– Godkowo. Proszę mi powiedzieć ile pozostało jeszcze do tej wsi?

Taksówkarz zagłębił się na chwilę do mapy, która leżała rozłożona na fotelu pasażera. Wzrokowo mierząc dystans na mapie stwierdził:

– Około sześćdziesięciu kilometrów do celu.

– Dziękuję. Wiele lat nie widziałam tych stron. Wszystko się tak pozmieniało.

– Z pewnością. Kiedy weszliśmy do Unii Europejskiej, wszystko ruszyło. Drogi zaczęli polepszać, remontować zabytki. Z Zachodu dużo pieniędzy można uzyskać.

– Tak – pani odparła obojętnie, nie słuchając

– A szanowna pani kiedy odwiedzała te strony po raz ostatni?

– Ja? Mieszkałam tu.

– Rozumiem. Po skończeniu szkół wyjechała pani za pracą… – taksówkarz jakby nie rozumiał w czym rzecz, przy czym starsza wiekiem pani nie wyglądała na taką jaką w rzeczywistości była – Miała osiemdziesiąt cztery lata, a kierowca uznał jakby miała dwadzieścia lat mniej – Wielu naszych rówieśników z młodych lat porozjeżdżała się po Polsce. O panu się mówiło, że do Związku Radzieckiego wyjechali. A wy, w którym roku wyjechaliście?

– W czterdziestym szóstym. W lipcu – odparła krótko.

Kierowca popadł w zdumienie. Przez kilka minut nie umiał wymyślić jak odpowiedzieć:

– Pani… jest Niemką? – spytał jąkając się.

– Tutejsza.

– Tutejsza?

– Ano tak.

– Bardzo dobrze mówi pani po polsku.

– Bo kiedy trochę waszych spod Warschau najechało, miałam okazję się nauczyć. Po roku nas zabrano do Niemiec. Ja jadę ze Szleswiga do miejsca, w którym się wychowałam.

– Teraz rozumiem. Proszę mi wybaczyć. Nie spotkałem się z nikim spośród dawnych mieszkańców.

Po godzinnej jeździe Mercedes zatrzymał się na jednym z wolnych miejsc w centrum miejscowości. Obydwoje dokonali rozliczenia za przejechane kilometry i czas, po czym taksówkarz wrócił do Gdyni. Starsza pani nie potrzebowała długo czekać. W ciągu kwadransa pojawiło się auto, z którego wysiadło dwoje ludzi.  Niemka nie była pewna, czy to właśnie z tymi ludźmi korespondowała przez ostatnie lata. Para przypominająca małżeństwo podeszło jednak do kobiety. Mężczyzna około pięćdziesiątki pierwszy podał rękę, za nim jego żona.

– Dzień dobry! Czy pani Inge Karpinski?

– Tak.

– Franciszek Pawłowski, a to moja żona – przedstawił się krótko mężczyzna – Zapraszamy do samochodu. Pewnie pani zmęczona po podróży. Wszystko przygotowane.

Pan Pawłowski wziął walizkę i schował do bagażnika. Razem po zakupach w jednym ze sklepów, udali się do domu na kolonii Godkowa, znajdującej się około kilometra od skrzyżowania, będącego jednocześnie centrum wsi gminnej. Pani Inge wchodząc na podwórze, wzruszyła się bardzo, widząc miejsce zapamiętane z lat dziecinnych. Pani Maria zbliżyła się do Niemki, wzięła ją pod rękę i razem, bardzo powoli zaczęły obchodzić wszystkie zabudowania.

– Proszę się nie krępować, pani Ingo. Jest pani u siebie.

Pani Karpinski ze łzami w oczach uważnie obserwowała i dotykała niemalże każdy przedmiot. Będąc w obórce rzekła:

– Nic się tu nie zmieniło. Przy tych żłobach doiłam krowy. Mocowania, łańcuchy. Wszystko jest jak przed laty.

Krowy przez lata, choć ich zwierzęce pokolenia przeminęły kilkukrotnie prędzej niż człowiecze w dużej większości wygląd nie zmieniał się.

Obie panie trzymając się pod ręce weszły do domu. Pani Maria zaparzyła herbaty, później wspólnie zjedli wczesną kolację i przy karafce wiśniówki obrządzili krowy i później wieczorem zasiedli przy nalewce. Pani Inge opowiedziała krótko o swoim życiu młodzieńczym:

– I w domu przy skrzyżowaniu, naprzeciwko gospody mieszkał kuzyn Wernera – Weissmann. Jego syn Rudolf bardzo mi się podobał. Miał blond, ale kręcone włosy, a na czole zawijały mu się bujne loki, które często zawijał palcami. Prawie wszystkie panny się w nim podkochiwały. Pamiętam, że w szkole siadywał ławkę obok mnie. Byliśmy równego wieku, a często kątem oka wpatrywałam się jak zalotnie przechylał głowę na bok i te loczki okrywały mu oko. Ślicznie pisał stalówką. Na dwa lata przed wojną jego rodzice pobudowali dom prze drodze na Skowrony, za dużym wiejskim stawem, a ten odsprzedali Wernerowi, w którym nocował przyjezdnych. A czy ten dom stoi jeszcze?

– Tak. Stoi. Mieszka tam Kryszek.

Pani Inge oczy rozwarły się szeroko, twarz zbladła. Ręce i całe ciało zaczęło drżeć jak w konwulsjach, z tym, że Niemka zachowała świadomość, siedząc na krześle.

– Nein! Nein! – szeptała krzykliwie w krótkich odstępach kilkakrotnie.

Państwo Pawłowscy przerażeni i zarazem zdziwieni reakcją pani Karpinski próbowali początkowo wypytać ją, co się stało. Pani Maria pospiesznie przyniosła szklankę wody, a pan Franciszek zalał naprędce kieliszek nalewką. O podaniu środków uspokajających nie mogło być mowy.

Po wypiciu nalewki i szklanki studziennej wody pani Inge uspokoiła się. Państwo Pawłowscy czekali cierpliwie, aż Niemka zacznie mówić:

– Przepraszam. Proszę mi wybaczyć. To z przeszłości. Ten Kryszek pod pod bronią nas prowadzał do rosyjskich żołnierzy i … dlatego przez te wszystkie lata nie mogłam mieć dzieci. Joannę te bydlęta do śmierci brali, nawet gdy duch z niej wyszedł to nie przestawali.

– Jezusie Nazareński! – przeżegnała się pani Maria

– Po odejściu Rosjan z tej stodoły, Joannę pogrzebali za stodołą. Nawet nie odprowadzili jej na cmentarz.

– Gdzie? W którym miejscu ją pochowali?

– Nie powiem. Nie umiem wytłumaczyć, ale możemy tam pójść.

Jeszcze tego samego wieczoru, pani Inge poprowadziła ich na skraj Godkowa przy wylocie drogi na Pasłęk. Stając na między szukała wzrokiem miejsca, gdzie mogła być pogrzebana Joanna:

– Jak wyjeżdżaliśmy to drewniany krzyż stał – westchnęła – Kilka kamieni było też wyłożonych.

– Czy potrafiłaby pani pokazać, w którym miejscu została pochowana? Moglibyśmy porozmawiać z plebanem. Poświęciłby grób.

– Pastor katolicki?

– Ksiądz.

– Nie, nie. Ona wolałaby pastora. My luteranie. Za to gdy wrócę do Szleswigu proszę byście oznaczyli grób krzyżem i zapalali ogień. Zapłacę, jeśli wyjdzie ta potrzeba.

Pani Karpinski weszła w pole. Powoli, przeliczając kroki przemierzała prawdopodobieństwo znajdowania się grobu.

– Tu leży Joanna – stwierdziła.

Pani Inge oraz państwo Pawłowscy nie spostrzegli, że za znajdującego się nieopodal gospodarstwa w ich kierunku wypatrywał mężczyzna. W momencie, gdy pani Inge określiła miejsce spoczynku Joanny, mężczyzna podchodzi do nich szybkim, zdecydowanym krokiem:

– Co państwo robią na moim polu? O, Franek! – podał rękę panu Pawłowskiemu poznając sąsiada – Cześć!

– Tadeusz, ty wiesz, że tu na twoim ściernisku pochowana jest dziewczyna?

– Tu? Gdzie?

– Dokładnie w tym miejscu, gdzie stoimy. To Niemka. Ta pani może poświadczyć.

– Ojciec jak mi przekazywał gospodarkę, nic nie powiedział, że coś tu się może znajdować.

Niemka odwróciła się za siebie i uśmiechnęła się:

– Czyż nie stała tu stodoła?

– Stojała – odparł właściciel – Stojała, lecz działy się w niej dziwne rzeczy. Nawet kury tam nie łaziły. Dziwne głosy w niej było słychać. Głosy, krzyki dziewczęce, przeraźliwe jęki. Ojciec nie chciał w niej nic trzymać, często mówiąc, iż jest przeklęta. Z czasem zawaliła się. Została tylko betonowa posadzka i podmurówka z fundamentu.

Niemka podeszła do betonowej posadzki klepiska, lecz nie odważyła się wejść na nią, stając chwilowo, po czym wróciła do Pawłowskich i pana Tadeusza.

Zmierzchało, więc razem wrócili do samochodu.

Pani Inge pozostała cały weekend w Godkowie. W poniedziałek z rana pan Franciszek odwiózł ją na prom, którym wróciła do Niemiec.

(Godkowo, przedostatni tydzień sierpnia 2018 r.)

(Obrazek spisany  na motywach faktów rzeczywistych)