Dzieci

1951 r.

– Proszę księdza! – wołała kobieta tłukąc pięścią w szklane drzwi plebanijnej werandy – Proszę księdza dobrodzieja!

Proboszcz wyszedł na werandę, otwierając drzwi z klucza. W ciemnościach jesiennego wieczora nie umiał poznać kto tak wołał:

– Ktoście wy? Co się stało?

– Zofia Michalakowa.

– Poznaję już. Wejdźcie do środka, bo chłód na dworze! – na prośbę plebana kobieta weszła do werandy – Mówcie spokojnie, co leży na duszy!

– Tam na drodze ku brzezinom słychać płacz dzieci.

– Jakich dzieci?

– Maleńkich. Niemowlęcich. Bajbuzów.

– Co wy mi tu opowiadacie Michalakowa! Jakich bajbuzów?

Proboszcz nie dowierzał słowom kobiety. Na wsi często słyszało się pełno wieści na temat minionych lat, szczególnie z lat wojennych.

– Proszę podpytać Oleszkiewicza. On tu robił za Niemca jako przysiedlony z Lidy robotny. Przesiedział front i ruskich. Wie wszystko co się tu działo. – Michalakowa chłopskim uporem nie rezygnowała. Przeczuwała, że za wszelką cenę musi przekazać duchownego, który powinien wiedzieć co zrobić z tą wieścią.

– No to opowiedzcie!

– Bo to wie ksiądz dobrodziej, że przede sześciu laty przyszedł front, to zostały zgwałcone wszystkie kobiety.

– Kto to zrobił?

– A kto… no przeca nie my. Sowieci. Trzeba głośno i jawno powiedzieć, że to Sowieci.

– Na Miłość Boską! Ciszej! Urząd Bezpieczeństwa ma wszędzie swoich sługusów!

– Ja się nie boję. Stara jestem, nic mi nie zrobią. A powiem co dalej… Toteż z tych Niemek u większości porodziły się dzieci. Martwe. I wszystkie jedno obok drugiego pogrzebali we wspólnym grobie. Od tamtej pory płaczą ciągle. Każdy słyszy, nikt nic nie powie. Za dnia trochę ciszej, bo ptaki i ludzie w polu obok pracują, nocą zasię z wiorsty obok z wichrem czy mgłą się niesie.

– Jestem tu na parafii od dwóch lat, a nikt słowem się nie zająknął. Parafianie zaufania do mnie nie mają. Co mam teraz zrobić? Z tym?

– Nie mnie decydować, proszę księdza dobrodzieja. Na płacz jest jedna rada. Te dzieci przeprowadzić trzeba do tamtego świata.

– Jak?

– Proszę księdza! Chrztem świętym! – niemalże wykrzyknęła kobieta

– Chrztem! Nie chrzci się umarłych. Sakramenta dla żywych są, nie dla umarłych.

Pleban usiadł w saloniku przy stole i trzymając głowę w rękach począł się zastanawiać. Nagle zegar wybił nocną jedenastą godziną. Kukułka wybijająca pełną godzinę wybiła kapłana z rozmyślań. Nałożył on stułę i płaszcz, w ręce zaś małą kropielnicę, rytuał, gromnicę i lampę, w której podkręcił knota, dając tym samym mocniejsze światło. Obydwoje wyszli na zewnątrz. Michalakowa zaprowadziła duchownego na niemiecki cmentarz. Początkowo wspólnie stojąc pośród grobów, nie słyszeli niczego niepokojącego. Po paru minutach w wyższych partiach drzew zaczął powiewać wiatr całkowicie nieodczuwalny dla dwojga. Pomimo tego lampa zgasła, natomiast zapalony wcześniej przez kobietę gromnica tliła się dalej. Zewsząd dał się słyszeć płacz niemowląt. Głośny, wyraźny płacz.

– W którym grobie spoczywają owe maleństwa?

– Tu. Tutaj, proszę księdza – wskazała szeptem – Nie ma pomnika, którego nie było już komu zrobić. Dlatego usypano taki oto kopczyk.

Proboszcz śmiało, pełen ducha w sobie zaczął po łacinie odprawiać cały rytuał chrztu. Pamiętana przez niego formuła wyraźnie wypowiadana niosła się echem po całym cmentarzu aż po same „Chwała Ojcu” i wypowiedzianą formułę:

– Ja was chrzczę wodą poświęconą – rzekł kropi naczynkiem z wodą – Gloria Patrii, et Filii, et Spiritus Sancti.

– Amen – odpowiedziała kobieta

Płacz ucichł. Zanikł od razu po potwierdzeniu słów kapłana. Wietrzyk zacichł, a zza drzew i łąk dawał się słyszeć, jak niegdyś od dawna naturalny szum śpiącej przyrody we wczesnojesiennej porze.

Pasłęk, noc z 4 na 5VIII 2018

(Obrazek spisany na motywach faktów rzeczywistych jednej z parafii na zachodniej Warmii)