Anna

Rzecz działa się na posterunku milicji w Osieku, chyba w końcówce 1945 roku, późną jesienią bodaj. Wiem, jako sprzątaczka tam przebywałam, bo my nie jak Polacy pozbawieni byliśmy przydziałom kartek żywnościowych.

Trochę ich tam przybywało zajmując najładniejsze domy, jakie pozostały z pożogi wojennej. Nie byli co prawda źli, po prostu przyjechali jako tułacze. Nas zbytnio nie gnębili, jedzeniem dzielili się, pozwalali pomagać w polu za opłatą. Myśleliśmy, tak sami i oni mówili, że przyjechali tu tylko na kilka miesięcy, może rok, aż wszystko się ustabilizuje, nastanie pokój i nowe Niemcy wrócą na te ziemie.

Do języków zawsze miałam tę umiejętność, a z polskim nie miałam problemów. Przez ponad pół roku kiedy front poszedł na Pomorze i zakończyła się wojna miałam możliwość zapoznania się z robotnikami narodowości polskiej decydujących się tu pozostać, później zaczęli zjeżdżać się kolejni.

Ale pomijając słowa niepotrzebne, czas skupić się na pewnej sprawie kryminalnej. Moja daleka krewna – Anna Fisher została zgwałcona i obtłuczona przez trzech żołnierzy rosyjskich w okolicach cmentarza w Bielicy. Znaleziono ją później w stawie naprzeciwko cmentarza.

Raz po służbie, kiedym sprzątała po milicjantach komisariat, wkradłam się do szafek urzędowych i wyszperałam notę informującą o przyczynie śmierci powstałej na wskutek utonięcia. A tak mówiąc na marginesie, sprawa zabicia Anny była pierwszą, którą notowano w aktach milicyjnych.

Czytając całą treść zrozumiałam, że stwierdzono samobójstwo. Sama nie rozumiem jak mogłoby to się stać, Anna potrafiła pływać. Moim zdaniem, ci sami oprawcy mieli się natknąć na nią po raz drugi i tym razem uśmiercić, lecz Polacy nie ujawnią tego ze względu na swoich mocodawców.

– Hilda! Co tu robisz? – usłyszałam groźnie brzmiący ton milicjanta Polakiewicza.

– Zmywam kurz z szafki.

– Nie musisz! Od poniedziałku wszystko przenosimy do Wilcząt.

– Panie kapralu! Prawdą jest to, że Annę Fisher zabili „czerwoni”?

– Kto ci to powiedział?

– Proszę mi odpowiedzieć! To była moja krewna.

Widziałam zmieszanie na twarzy milicjanta i nerwowy krok podążający ku oknu. Milicjant wyjrzał sprawdzając czy nikt z obcych nie stoi pod oknem.

– Jestem komunistą wierząc, że ta idea socjalizmu podniesie nasz wspólny byt, pozwoli normalnemu robotnikowi godnie żyć na równi z innymi klasami społecznymi: rolnikami, inteligentami. Walczyłem od zimy czterdziestego czwartego, przetrwałem Budziszyn, ale ranionego zwolnili mnie domu, w miejscu którego zastałem gruzy. Dlatego przyjechałem tutaj i z przeszkoleniem doświadczony w walce chętnie zostałem przyjęty do trzymania porządku. Dali mi ten oto gruchot – wskazywał na karabin – z paroma pociskami, flagę na ramię i czapkę.

Długo on opowiadał o Rosjanach, przeżyciach i powolnej utracie wiary w idee. Nie mieli się by zachować porządek w okolicy, nie tak wyobrażał sobie ich Polskę. Na końcu przyznał rację, ale nie mógł tego oficjalnie zapisać w raporcie ze względu na „bratnich sojuszników”.

Każdy kto mógł to kradł. Kradło się wszystko co można byłoby sprzedać. Meble i maszyny rolnicze wędrowały z jednego gospodarstwa na drugie. Raz nawet zdarzyło się, że bogato rzeźbiony kufer będący wianem mojej mamy zobaczyłam w dawnej posiadłości Neuberów. Natomiast innego dnia rozmawiając a Anielą byłyśmy świadkami jak Polacy z innej wioski w biały dzień przez wieś wieźli wozem radełko z konnym pługiem za którą ciągnięto młocarnię.

Śledztwo nie trwało długo, „no bo kto by się rozczulał nad Niemką”. Jeden ze starszych braci Reiss zbił trumnę i Annę pogrzebano na wiejskim cmentarzu bez pastora, przy udziale kilkunastu osób-krewnych, sąsiadów, a niestety w okolicy nie było żadnego z duchownych.

Wspomnienia moje związane z Anną na tym kończą się. Prawie rok później, kiedy napływali kolejni Polacy, dla nas nie mogło być tu miejsca. Jednego letniego dnia przyszły pisma z urzędu o poleceniu wyprowadzki i stawienia się na stacji w Jankówku z nakazem zabrania ze sobą bagażu podręcznego. Przez ponad dwa tygodnie trzymali nas w małym budynku stacji zebranych z całej okolicy pośród otaczających pól. Nie dawali nam nic do jedzenia, nikt też nie pilnować, toteż chodziliśmy po wioskach prosząc o chleb czy kartofle. W końcu przyjechał jak to nazywało się z rosyjskiego: eszelon i tak po kilkanaście osób i zawieźli do Niemiec, gdzie dotarliśmy po ponad tygodniu.

Dopiero na stacji otrzymaliśmy po misce zupy i sucharach wydawane z wojskowej kuchni, którą gotowało się całą dobę.