Marco

Często pojawiał się w uliczkach. Nisko zgarbiony, w pierwszej fazie siwienia, szczupły, mierzący metr siedemdziesiąt mężczyzna. Ci co go znają, nazywają go Markiem, ja po prostu będę pisał o nim: Marco. Tak po kastylijsku.

Niemal co parę dni wędruje tymi samymi trasami – może kto go spyta: „Dokąd idziesz?”, ale to nie zawsze. Wyjątkiem była kwietniowa pielgrzymka do miejsca zabicia świętego Wojciecha. Prowadził nas, dumnie krocząc z parafialną chorągwią. Gdy rozmawialiśmy, prosił byśmy mówili mu po imieniu. Nie wadziło, iż byliśmy jeszcze dziećmi, niedorosłymi gówniarzami, podrostkami, młodszymi o bodaj trzydzieści lat (później powiedział mi ktoś o nim zaangażowanym w każdy festyn czy święto kościelne czy lokalne).

Policjanci z okolicznego komisariatu już od dawna pozostawili go w spokoju. Ciągła zmiana kadry na posterunku, tylko Marco został ten sam. Nie raz zdarzało mu się, że machał posterunkowym patrolującym autem miasteczko. Uważany za nieszkodliwego, społeczność zaakceptowała jego beztroską codzienną obecność na ulicach Pasłęka.

Marco (wypadało by mi nie powtarzać tegoż samego imienia, lecz wyrażam przez nie szacunek do człowieka) mieszkał z matką, utrzymywał się z jej i swojej renty. Potrzebował jedynie tego co niezbędne do życia, nawet nie miał żony. Żadna kobieta by go nie zechciała.

Widziałem go w sumie nie tak dawno, bo gdzieś w połowie października. Snuł się pewnego ponurego przedpołudnia pod szpalerem młodych, ale już wyrosłych kasztanów sypiących ze swych gałęzi pożółkłe liście roznoszone z lekkim podmuchem wiatru. Niejeden poeta chętnie opisałby tamtą chwilę.

Marco jest przykładem człowieka pozostającego wiernym sobie. Większość pędzi nie patrząc za siebie, mijając innych ludzi. Patrząc na Marka widzę mężczyznę sprzed trzydziestu lat – serdecznego, mimo samotności wiecznie uśmiechniętego do innych, choć tu popełniłem błąd: nie jest on samotny. Wystarczy, iż ktoś obcy szepnie mu dobre słowa, już staje się jego przyjacielem, któremu nie będzie żalił się na swoją biedę, tylko poda rękę i pójdzie dalej.

Być może i mi kiedyś dawno podał dłoń na powitanie. Przyjąłem ten gest? Czy go odrzuciłem? Te pytania pozostawiam mej pamięci. A i ja niegdyś, i to nie tak dawno kroczyłem tymi chodnikami. Na tych kartkach jest to jednak nieważne.

Barbórka ’14.