24 sierpnia: Brr…! Zimno! Ale ręce mi grabieją! To już nie są te letnie wakacyjne noce. Dniem jest gorąco, nocą… . Moja buda tak nie ogrzewa, posłanie z dykty nie dość chroni przed zimnym betonem. Początkowo można było wytrzymać, ale nad ranem zrobiło się nagle przejmująco zimno. Wstałem i poskakałem chwilę, po czym znowu ułożyłem się pod derką, żeby nie nazwać tego kołdrą.
Swego czasu miałem żonę, dom wybudowany swoimi rękami i dobrze płatną pracę na jednej z uczelni. Kochaliśmy się z Agusią bardzo, jednak coś przerwało nasze szczęście. Pewnego dnia ma kochana straciła przytomność. W szpitalu okazało się, że to białaczka. Przetrwała jedną chemię, drugą, trzecią. Wspólnie szukaliśmy dawcy, ale nie udało się. Organizm przegrał walkę.
Od tego czasu załamałem się. Zostałem sam. Jakoś nie potrafiłem się odnaleźć w mojej sytuacji. Zacząłem pić. Z początku były to niewielkie ilości alkoholu, a z każdym tygodniem piłem coraz więcej, aż zacząłem zaniedbywać mą kilkuletnią córeczkę oraz pracę. Któregoś dnia dziekan spostrzegł mój stan. Skarga poszła do rektora i tak zostałem bez pracy. Potem było coraz gorzej. Bank upomniał się o zaległe pieniądze, za które wybudowaliśmy dom. W końcu przyszedł komornik, a moje dziecko zabrano do domu dziecka.
Tak w pół roku od śmierci żony straciłem wszystko. Rodzina odwróciła się, zostawiła mnie samego. Niebawem zniknąłem z ich życia, uznając, że tak będzie lepiej. Zabrałem ze sobą w stary plecaku kilka rzeczy i poszedłem do innego miasta, aby tam jakoś żyć.
Jak to dalej było, teraz już nie pamiętam, ale poznałem miejsca, gdzie nigdy tam dotąd nie bywałem. Powoli przyzwyczaiłem się i nauczyłem żyć za nic. Obecnie większą część dnia spędzam szukając czegoś do jedzenia, albo zbierając puszki i butelki, które można sprzedać za kilka groszy.

29 sierpnia: Piszę dopiero dziś, bo przedwczoraj była burza i deszcz zamoczył mi większość kartek, które leżały w kącie mojej budy. Dach strasznie przecieka i właśnie w tamtym miejscu, jak na złość woda kapała przez eternit.
Dziś dzień minął wyjątkowo dobrze. Za worek puszek po piwie nabyłem parę złotych, za które kupiłem bochenek chleba i butelkę wina. Po południu wałęsając się po parku i zbierając niedopałki petów napotkałem jednego starego jegomościa, z którym porozmawiałem nieco razem na ławce. Przyznam, że był to miły gość. Chciał dać mi dwadzieścia złotych, ale odmówiłem uprzejmie twierdząc, że i tak je gdzieś przepiję. On docenił moją szczerość i dał mi płaszcz, który jak mówił: i tak nie jest już w modzie. Odchodząc skinąłem mu głową na pożegnanie, tak jak niegdyś, po czym odszedłem.
Błąkałem się potem po śmietnikach, ale niczego znacznego nie znalazłem.

1 września: Dzień rozpoczął się rześko i pogodnie. Dziś pierwszy dzień szkoły. Zwykle wszędzie widać ładnie ubranych młodych ludzi wracających ze szkół. Miło tak popatrzeć na tych chłopców i dziewczęta chadzających ulicami, podczas pięknej pogody. Zwykle jest tak, że gdy pierwszego dnia września jest ciepło i słonecznie, tak i jesień przeważnie taka będzie.
Z nekrologu wyczytałem o pogrzebie Józka Semki, który odbędzie się jutro w kościele świętego Stanisława na Zagórnej. Jezu!… Co to był za chłop? Czterdzieści dziewięć lat… Taki młody…. Tyle lat miał jeszcze przed sobą. Pamiętam jak to razem byliśmy w ludowym wojsku. Ileż to numerów wykręciliśmy politrukom… To były czasy…
Tak teraz się zastanawiam i doszedłem do wniosku, że zostałem sam. Jutro chowają Józka, na wiosnę zszedł Gienek, a już sześć lat będzie gdy Adaśka zjadł rak. Boziulku… Zostałem sam. Sam! Wypadałoby pójść jutro do kościoła, ale nie mam w czym. W moich łachach nie wypada pójść gdziekolwiek.

2 września: Nie pójdę do kościoła. Wieczorem przed zmrokiem pójdę na cmentarz i wypatrzę, gdzie stoi krzyż Józka i tam pomodlę się nad jego grobem. Tak będzie najlepiej dla wszystkich.
Teraz pójdę na dworzec i tam poszukam jakichś butelek, które będę mógł wymienić na chleb. Ostatni raz wczoraj w południe jadłem ostatnie jabłko, które wziąłem z czyjejś działki.

4 września: Byłem u Józka i chwilę z nim porozmawiałem. Wspominałem dobre czasy młodości, wojsko i całe życie. Inny był wtedy kontakt z ludźmi. Teraz często siaduję w parku na ławeczce, przypatrując się ludziom chodzącym w te i w tamte strony. Każdy spaceruje osobno, czasem widzi się parę trzymającą się za ręce, ale to teraz nie ma takiej otwartości jak przed laty. Nikt sobie nawzajem nie mówi: „Dzień dobry”. Większość pstryka palcami w tych swoich małych telefonach, albo w tych słuchawkach podłączonych kabelkami do uszu.
Czasem chciałoby się z kimś rozmawiać, ale nie mam z kim. Ciągle brak mi Agusi, jej uśmiechu. Chciałbym ją do siebie przytulić i to bardzo mocno, chciałbym usłyszeć jej piękny, słodki głos, zobaczyć jej piwne oczy, dotknąć włosów, twarzy, ramienia, boku. Boże Jedyny! Tylko Ty wiesz jak mi ciężko na tym świecie! Weź mnie do siebie, tam, do Twego królestwa! Już dość się tu nacierpiałem, już dość tu przeżyłem. Chcę śmierci, końca tego wszystkiego, końca bólu! Daj mi ukojenie, wyzwól z tego cierpienia, żałości, znieważenia!

5 września: Tej nocy miałem sen. Śniło i się, że byłem w jakiejś stodole, czy garażu. Było tam brudno, pełno różnych narzędzi i innych rozmaitych rzeczy. Ogarnął mnie strach, jakiego jeszcze w życiu nie czułem. Wokoło martwa cisza – żadnego wiatru, szumu. Nic. Nagle poczułem coś przed sobą. Jezus Maria, co to mogło być? Jakieś olbrzymie, przebrzydłe coś siłowało się ze mną, ale ja nie ustępowałem. Pomimo strachu otaczała mnie nieskazitelna, ponad normalna siła, jakiej w życiu dotąd nie miałem. Walczyłem z tym paskudztwem pryszczatym i piegowatym w brudnych, posklejanych włosach, szerokich oczach i z wystawnym jęzorem. Cała twarz miała kolor czerwony, a spod postrzępionego ubrania wychodziła czarna sierść. Czy to był człowiek? Tego nie wiem, w każdym razie to było coś gorszego, zawierało w sobie tyle zła. Pamiętam jeszcze, że to stworzenie rzuciło mnie na ziemię i miało mnie zabić, gdy w pewnym momencie uciekło. Odchyliłem głowę i zobaczyłem nad sobą postać kobiety. Pani podała mi rękę. Niestety nie widziałem jej twarzy, tylko pomogła mi wstać. Wręczyła mi mały drewniany krzyż, zbyt mały by go powiesić na ścianie i zbyt duży, by nosić go na szyi.
Gdy obudziłem się, zauważyłem w dłoni coś twardego. To był ten krzyżyk. O, ile dobrze teraz pamiętam, to popatrzyłem chwilę na niego i schowałem do kieszeni. Wstałem i poszedłem w miasto poszukać czegoś do jedzenia. Obchodziłem z reklamówką coraz to nowy śmietnik, ale jakoś nie udało mi się znaleźć. Gdy wyszedłem za róg i chodnikiem obeszłem skrzyżowanie, znalazłem się na ulicy Westerplatte. Spostrzegłem wtedy siedzącego na niskim kamieniu służącego pewnie do pomiarów geodezyjnych chłopaka w okularach w biało-czerwonej kurtce. Miał on może z 17-18 lat i widać było, iż czekał na kogoś, obaj popatrzyliśmy krótko na siebie i po chwili każdy z nas robił, co do niego należało – ja grzebałem po pudłach, a on czekał i patrzył na mijające samochody.
Jego spojrzenie było jakieś inne, nie pogardzające, ani oceniające, tylko wyrażające tęsknotę, a może i nawet współczucie. Znałem to spojrzenie, bo ja tak samo patrzyłem na moją Agusię, czasami dalej patrzę. Taka nie spełniona miłość jest gorsza niż zdrada. Nie wiadomo czy to z własnej winy brak ci szczęścia, czy po prostu tak to musi być. Wciąż jest ja nadzieja, czasem bardzo płonąca, niekiedy przygaszająca, jednak stale powracająca z większym bólem i rozczarowaniem.
Co dalej z tym chłopcem? Nie wiem. Zrobiłem co chciałem i poszedłem dalej.
Przez resztę dnia siedziałem w mojej norze, nie chcąc pokazywać się światu ze swoją nędzą.

5 października: Dziś rano na wpół do siódmą poszedłem do kościoła na pierwszo-piątkową spowiedź. Dość dawno się nie spowiadałem, a wczoraj poczułem taką potrzebę. Na dodatek w nocy miałem sen, śnił mi się Władek. Widziałem też jakąś wieś, czy przedmieście. Władek tak wchodził po schodach na poddasze, tak jakby na pierwsze piętro w bloku, tylko, że te schody stały na podwórku prostopadle do ściany jakiegoś ceglanego budynku, do którego była przytwierdzona stojąca na zakrytych słupach altana. On tam chyba mieszkał.
Pamiętam jak był nędznie ubrany. Miał na sobie zszarzałą koszulę, a na niej zbyt dużą zakurzoną marynarkę. Za paskiem spodni, na brzuchu miał niemiecką parabelkę, taką jak się widzi na filmach, a w rękach peem z magazynkiem umieszczonym z prawej strony broni. Doszedłem do wniosku, że on tam się chował.
Widziałem też moment, gdy tam do tej wsi weszło kilkunastu żołnierzy z pepeszami, którzy przeszli dalej. Władek widząc to wyszedł z piętrowych drzwi altany i lekko pochylony z pistoletem w rękach zszedł po schodach, po czym pobiegł do lasu.
No właśnie wrócę do mojej spowiedzi. Gdy klęknąłem w konfesjonale, ksiądz odchylił się w drugi kąt. Zdziwiło mnie to trochę. Prawda, śmierdziałem nieco, bo już dość długo się nie myłem, bo nie miałem ostatnio takiej możliwości, a ponadto cuchnąłem pewnie jeszcze śmieciami, bo rano grzebałem w kubłach, tuż obok bloków, ale to nie jest powodem do tego, by kapłan odmawiał mi sakramentu pokuty.
Ten puknął w drewnianą ściankę i podeszła druga osoba z przeciwległej strony. Cóż pozostało? Wstałem i nie żegnając się przy wyjściu wodą święconą wyszedłem.
Łatwo jest kogoś określić kogoś po wyglądzie. Latem jeszcze jakoś wyglądałem. Chodziło się bowiem do pobliskiego lasu, gdzie płynęła rzeka i tam wchodziłem z ubraniami do wody i piorąc za jednym razem. Potem kładłem się gdzieś w trawie, a ciuchy schły mi na słońcu. Muchy mimo, że gryzły we wszystkie części ciała, to ja się tym nie przejmowałem, tylko drzemałem sobie w najlepsze. Gorzej było i jest z goleniem. Na żyletki mnie nie stać, a nożyczek też nie mam, więc chodzę sobie tak zarośnięty, bo co?!… Zimą mi przynajmniej cieplej.

11 października: Tak naprawdę to nie wiem o czym mam pisać. Moje życie jest nudne i monotonne, więc nie mam czego tu opisywać. Parę dni temu śmietniki stojące obok bloków obmurowano, a wejścia zagrodzono kratowaną bramką sięgającą po sam blaszany daszek i dodatkowo zamykaną na klucz. Jeszcze w urywku lokalnej gazety doczytałem, że jest nas tu tylko siedmiu w całym mieście. Zapewne gmina uznała, że nie ma sensu budować dla nas noclegowni.

1 listopada: Dziś dzień Wszystkich Świętych. W całym mieście był duży ruch. Ludzie pieszo i w samochodach śpieszą się na cmentarz, gdzie będąc pewien czas wracają do domu. Zrobiło się strasznie zimno. Wiatry przenikają przez kurtkę, nogi marzną od zimna.
Gdy przeniosłem się na stację zrobiło się nieco cieplej. Kaloryfery grzeją tam całą dobę, mimo że ludzi jest tam mało. Na razie nikt mnie stamtąd nie przepędził.

13 listopada: Od samego rana mam ogromnego pecha. Gdy szedłem po Starym Mieście i przeszukiwałem rozmaite śmietniki, natrafiłem na trzech pijanych mężczyzn. Ci szukali zaczepki, bo gdy ich mijałem jeden szarpnął mnie i pchnął na chodnik, a potem chwiejąc się kopnął mnie w brzuch. Coś ich chyba wystraszyło, bo zaraz odeszli.

16 grudnia: Wczoraj wieczorem, gdy wracałem na stację do mojej meliny zobaczyłem stojącą na przystanku dziewczynę. Miała ona około dwudziestu lat i widać było, że marzła, a wtedy mróz był ostry.
Byłem głodny, bo nic wtedy nie znalazłem, więc tak pomyślałem, że mogła by mieć coś do jedzenia.
Gdy podchodziłem do niej z boku zauważyłem, że oprócz swojej dziewczęcej torby na ramieniu, miała również torbę podróżną:
– Przepraszam panią – zagadnąłem – Przepraszam, czy ma pani może coś do jedzenia?
Popatrzyła na mnie niespokojnie, ale sięgnęła ręką do torby i wyjęła owiniętą w przeźroczystą folię kanapkę. Podała mi ją.
– Dziękuję. Bardzo dziękuję – odpowiedziałem z wdzięcznością i uważnie patrząc jej w oczy
Odwróciłem się i miałem już odejść, gdy nagle coś mnie tknęło, Ponownie podeszłem do młodej dziewczyny i szepnąłem jej na ucho:
– Wiem, że ktoś panią obdarza pięknym uczuciem, lecz pani nie wie co z tym zrobić. Wiem też, że jesteście do siebie podobni i jeśli pani go odrzuci, będzie pani tego żałować do końca życia.
Sam nie wiedziałem po co to powiedziałem, a młoda dziewczyna popatrzyła na mnie i po jej policzku popłynęła łza. Ja tymczasem powolnym i nieco pokracznym krokiem odeszłem w kierunku stacji. W połowie drogi do budynku odwróciłem się i łagodnie skinąłem głową. Ona otarła policzek i odpowiedziała tym samym.
Po dłuższym kroku wszedłem na stację i stanąłem w oknie drzwi. Obserwowałem ją wsiadającą do autobusu. Odjechała. W tej chwili położyłem się przy kaloryferze i zasnąłem.

27 grudnia: Parę dni temu, w wigilię późnym popołudniem na mojej stacji był duży ruch. Studenci wracali do domów na święta.
Wśród nich zwróciłem uwagę na jedną dziewczynę, która wydawała mi się znajoma. Miała długie czarne włosy i okrągłe piwne oczy, takie jak moje. Dziewczyna zatrzymała się na środku dworca i popatrzyła na mnie z wnikliwością. Kiedy odwróciłem się w stronę okna, usłyszałem:
– Tato!
– Że co? – odpowiedziałem zdezorientowany
– Tato! Nie poznajesz? To ja. Martyna.
– Martyna? – spytałem – Martyna! Jezus Maria, moja Martunia! Dziecko, skąd ty tu się znalazłaś?
– Chodź! Chodź, zabiorę cię do domu! – powiedziała tuląc się do mnie – Później wszystko ci opowiem
Wziąłem swoje rzeczy i poszedłem za nią do jej samochodu, którym pojechaliśmy razem do jej domu. Tam umyłem się i ostrzygłem. Zjedliśmy razem kolację, przy której dużo rozmawialiśmy, nadrabiając stracone lata. Wypytywałem ją o jej studia, plany na przyszłość i różne rzeczy, jednak nie wspominałem o Agusi.
Nie oskarżała mnie, nie wypominała. Czasem poruszała tematy naturalne, nie związane ze mną. Nie wypytywała mnie o nic. O północy poszliśmy na pasterkę. Jeszcze przed samą mszą poszedłem się wyspowiadać, ale nie dostałem rozgrzeszenia.
W tamtej chwili nie wiedziałem co zrobić. Nigdy to mi się nie zdarzyło, bo wcześniej starałem się żyć według zasad Dekalogu.
Po spowiedzi ukląkłem w ławce i zacząłem rozmowę z Panem Jezusem. Ofiarowałem mu wszystkie moje winy, szczerze żałując za nie i prosząc przebaczenia. Teraz brzmi to może dziwnie, ale tak zrobiłem.
Modliłem się do czasu wyjściu księdza do prezbiterium i uruchomienia dzwonka przez jednego z ministrantów.
Wstałem i wsłuchiwałem się w słowa celebransa przez następne części Mszy Świętej. Obok mnie znajdowała się moja córka, która coraz spoglądała na mnie z łagodnym uśmiechem.
Gdy odbyło się „podniesienie”, po obu stronach stojącego kapłana trzymającego w dłoniach hostię, zobaczyłem rzeszę aniołów otoczonych przecudowną bielą, taką, jaką jeszcze nie widziałem. Za księdzem na podwyższeniu stał Pan wyciągający szeroko przed sobą ręce. Aniołowie podobnie jak i Pan mieli twarze przypominające ludzi obecnych w Eucharystii i trzymali w dłoniach duże gliniane misy, z których jedynie kilka było zapełnionych. Anieli, których misy były pełne ukazywali na twarzy szczęście, natomiast pozostali przepełnieni byli smutkiem i żalem, a z oczy spływały rzęsiste łzy.
Aniołowie składali kolejno swoje misy u stóp kapłana i stojącego na nim Pana. Wypełnione zostawały, natomiast puste znikły.
Na samym końcu z wielkim trudem szedł ostatni z nich. Ze szczęśliwą miną niósł swój ciężar i pochylając się powoli ułożył swoje olbrzymie naczynie wśród pozostałych. Popatrzył na mnie z wdzięcznością, po czym zniknął.
Pan stojący na podniesieniu również skierował swój wzrok na mnie i po chwili wniósł dłoń na znak błogosławieństwa. Cały czas na mnie patrząc wyszeptał jedno słowo. To słowo to „przebaczam”.
Ministrant zadzwonił dzwonkiem. Wszyscy wierni w kościele wstali, a Pan odszedł.

Kilka dni przed wigilią 2012 roku

(fotografia: Oliwia OEM „W mgnieniu obiektywu WMO”)