(Kadr z filmu „Ogniomistrz Kaleń”)

Długo zastanawiałem się nad publikacją tego tekstu dotyczącego spraw polsko-ukraińskich. Nie do końca jest wiadomo, czy nasza rozmowa ukazana w przybliżeniu poniżej zawiera w sobie prawdę historyczną, czy jest tylko jedną ze stronniczych wspomnień.  Ocenę pozostawiam czytelnikowi.

Jednego dnia w trakcie pracy w „Majsterni” na zakupy przyszedł do nas klient w starszym wieku. Mężczyzna chętnie rozmawiał, często żartując. Początkowo nie spodziewałem się, że klient po zakupie paru rzeczy, zgodziłby się krótko porozmawiać. Poniższa dialog nie jest ścisłym odtworzeniem naszej rozmowy, chociaż zawiera większość informacji jakich uzyskałem od starszego człowieka:

„(…)

– Mnie było 12 lat wtedy – zaczął.

Już kiedyś rozmawialiśmy o tem krótko. Starszy pan zawsze dosyć wesoły na twarzy i swobodny w ruchach. Ciepło mu było zawsze, a zimą szczególnie mocne krążenie w nim przepływało.

– Żonie mojej zawsze zimno. A mnie? No dotknij, jakie gorące mam ręce. W mróz chodzę na boso po śniegu i nie czuję chłodu.

– To pan nie stąd? – zapytałem ciekawie

– Z Bieszczad – odparł.

Te kilka słów zamienialiśmy pierwszym razem w lutym, kiedy śniegi co prawda wysokie nie były, ale mroziło ostro.

– Teraz panie to nie są zimy. Wtedy to kopało się tunele takie co człowiek w nich się chował. A dziś?…

Przyszła wiosna to i starszy wiecznie uśmiechnięty pan prowadząc rower znalazł się tu dziś;

– To jakem miał dwanaście lat, to pamiętam dobrze. Wojsko otoczyło wieś. Ludzie nie zdążyli wybiegać z chałup, jak podpalali strzechy. A wiesz, że dachy kryte były gontem…

– Albo trzciną.

– I słomą – dodał.

– To nasze, polskie wojsko tak robiło?

– Polskie.

– Ale to co? Upowce tak wojowali,  że wojsko polskie wysiedlało?

– UPA? Przede wszystkim ruskich. Za nich się brali. Z naszymi to nie… Do naszych nic nie mieli.

– A pan to z Bieszczad?

– Tak.

– Skąd dokładnie ?

– Z Cisnej. Cisna, Stare Jabłonki, Baligród. Znasz te miejscowości?

– Znam. To nie te tereny ruscy zajęli?

– Nie. Blisko granicy czeskiej. Tam właśnie Świerczewskiego zabili.

– No tak wiem.  Jak to było?

– Tak było, co zabrali nas z Cisnej przez Baligród na dworzec. Zapędzili nas na wagony, jakimi zwierzęta jeździły. Dwa tygodnie wieźli aż tutaj, gdzie rozsadzili po wioskach.

– Nie chciał pan wracać z powrotem?

– A do czego? Cała wieś spalili. Co prawda teraz niektórzy się odbudowywali, ale pomnik stoi. Łemkowie powrócili. Ja też z Łemków, ale ród polski. A powiedzieć Ci jak to się zaczęło? Nasi, dwudziestu chłopa,  zajęli w pobliżu Cisnej postój i wystawili na wartę jednego żołnierza. W nocy,  gdy ten żołnierz zobaczył trzech partyzantów, uciekł, a tamtych zaskoczyli, broń i mundury zabrali. Tak odeszli. Temu co uciekł dali nagrodę, a tym co zostali groziła kara śmierci.

– Rozstrzelali ich…

– Nie. Zbiegło się to z tym,  że zabili „Waltera”. Pięciuset chłopa zajęło wieś. Tylu żołnierza to znaczna siła. Mało komu udało się udrzeć do lasu. Mieszkał tu w Wilczętach jeden K., którego partyzanty rozebrali. Głośno nikomu o tem zdarzeniu nie gadał. Ja wiedziałem bom był z okolicy. W Cisnej pomieszkiwalim, a kto z Cisnej czy Baligrodu,  to wiedział.

– Mieli do niego  o to żal?

– Czasy były jakie były.

– A wracając do „Waltera”…

– UPA było tam. Oddziały stały naprzeciw w zasadce. Strzały padły, ale nie od nich padł cios śmiertelny.

– No wiem. Swoi go ubili – dodałem – Tak teraz twierdzą w książkach.

– On był zły dla swojej armii. Co mu nie odpowiadało to… Prostego żołnierza miał za nic. Gdy jakiś strzelec mu się naraził, to jego odpowiedzią był pistolet i kula w głowę. Nie trafiła go kula, ale ugodzono go nożem w plecy. Widział to jeden z Dobrego, który był przy nim. Ale już z nim nie pogada.