Pan Józef Bożynowski znany był w okolicy z wielkiego zamiłowania do wszelkiego rodzaju trunków. Nieobce mu były różne rodzaje win, napojów chmielowych i samogonów z mocno procentowym bimbrem na czele.

Z sąsiadów bliższych i dalszych nikt nie chciał z nim konkurować we wspólnym spożywaniu alkoholu. Każdy słyszał o jego mocnej głowie i pojemności mięśnia ponad pępkiem, która zarazem imponowała nawet największym niedowiarkom.

Pewien zimowy wieczór spędzał w pełnej ludzi karczmie. Jak to zwykle bywało siedział sam, nikt bowiem nie śmiał przy nim spocząć. Opierając się o blat stołu wpatrywał się w duży kubeł złocistego piwa, którego malutkie bąbelki unosiły się z dna ku górze.

Nagle wewnątrz karczmy powiało chłodem. Do środka wszedł niewysoki czarny i pucułowaty jegomość z krótkimi, kręconymi włosami na głowie. Ściągając rękawice wypatrywał wolnego miejsca. Po chwili stał już przy ławie pana Józefa i wymieniając z nim uprzejmości zasiadł naprzeciw nowego towarzysza.

– Może napije się waćpan ze mną? – zaproponował trunkarz.

– Jakże by tu odmówić w tak zacnej kompaniji ?

Pan Józef przywołał karczmarza z butelczyną samogonu i nalawszy kielichy wypijali raz za razem. W taki oto sposób opróżnili jedną butelczynę, zaraz drugą, następnie trzecią i czwartą. Pan Józef już mglistym okiem przyglądał się swojemu nowemu towarzyszowi:

– Ki diabeł! – mruknął.

– To ja – odpowiedział krótko obcy.

Trunkarz zląkł się. Drętwiejącymi rękami wychylił następny kielich i zapytał:

– Gadaj! Po cośże tu przybył?

– Po ciebie…

– Jakże to?

– A tak.

Pan Józef zerwał się znad stołu i popatrzył groźnie na gościa. W międzyczasie w otoczeniu nastała cisza.

– Siadaj człowiecze! Żartu żem użył dla tych tum uszu! Napij się waćpan – zaproponował na rozładowanie nerwów przybysz, napełniając jednocześnie kielich.

Pan Bożynowski nieufnie siadł i wychylił kielich. W międzyczasie do obydwu dołączyło paru innych, którzy przynieśli ze sobą swoje kufle. Rozmowa nabrała rezonu:

– Ale widzicie panowie bracia, iż jeszcze nikt nie zdołał ze mną wygrać? – przechwalał się pan Józef, zwracając się szczególnie do gościa.

– Ależ, jakżeby to miało być inaczej?…  – potwierdzali inni.

Wspólne debatowanie trwało jeszcze dość długo i koło północy sen zaczął morzyć całą kompaniję. Pan Józef oparł swoją ciężką głowę na dłoniach spoczywających na blacie stołu, przy których stało kilka butelczyn i bukłaków po winie. Obcy tymczasem siedział oparty na ławie i spokojnie wpatrywał się w drzemiącego.

– Bardzo rad bym prosić waćpanów o pomoc w przeniesieniu mojego przyjaciela – zwrócił się gość do kompanów.

Nowi przyjaciele nie ociągali się z wykonaniem prośby. Niemal w jednej chwili w trzech wynieśli go na podwórze i ułożyli na wyłożonym słomą wozie, stojącym zaprzężonym w konia przy ścianie karczmy. Gość uderzył zwierzę leżącym batem i rumak pociągnął wóz na drogę i dalej wolnym krokiem udał się w głąb wsi.

– Ale zamróz – chuchał w dłonie jeden z jegomości.

– Za to krasa noc, księżycowa – spostrzegł inny.

– Wejdźmy do środka. Zimno! – powiedział gość.

– Nic jemu nie będzie?

– Nie. Koń zaprowadzi go na miejsce.

W istocie. Zwierzę ciągnęło wóz jedyną znaną sobie drogą. Zboczyło we wrota folwarkowe i zatrzymał się przy stajni obok małej kupki siana. Koń gryzł je zębami i zjadał. Jego pan tymczasem spał nie poczuwszy nawet szarpnięcia, a z jego ust w blasku księżyca wydostawała się para rozchodząca się w mroźnym powietrzu. Niebawem było jej coraz mniej i mniej, aż w końcu zanikła.

Pan Józef już nie żył.

Drugi dzień świąt Bożego Narodzenia AD 2012

Jan. M. Jaskot

Oliwia Marchlewska