Proza - polemika

Dęby

O.E.M

Pogodnie było wiosennego dnia. Z początkiem marca słońce grzało mocno, ale nocami trzymał tęgi mróz. Zima była ciężka. Drzewa owocowe pękały od korony do samego korzenia, a drogi były zasypane śniegiem po pas do tego stopnia, że jedynie czołgi ostałe już po poniemieckich koszarach i czteronapędowe pojazdy umożliwiały transport.

Pamiętnego roku 1945 nie zdążono posprzątać wszystkich pól bitew, noszących liczne pamiątki minionych walk. Październikowy śnieg przysypał wiele miejsc bitew,  pobocza i przydrożne rowy stały się mogiłami, czasem przyznaczone krzyżami, ale znacznie częściej trupy pozostawały po lasach, czasami odnajdywane przed zimą.

Ludzi napływało stopniowo. Przesiedleńcy z Centrali przemieszali się z pozostałymi mieszkańcami niemieckimi. Domy ocalałe po przejściu frontu stopniowo zasiedlały się, a zniszczone lub uszkodzone w większym stopniu bywały rozbierane do fundamentów. Częstym zjawiskiem było to że polscy i zarazem niemieccy dawni mieszkańcy pomieszkiwali w jednej chałupie, a czasem w jednym pokoju, gdzie było cieplej. Poszczególne rodziny mieszały się. Chłopcy często z brakiem przyzwolenia ze strony ojców żenili się z pannami niemieckimi, które przejmowały katolicką drogę wraz z polskim nazwiskiem. Później aż do dzisiejszego dnia można dostrzec w ludziach jakieś rysy niemieckie, jak to lepiej zowiąc tutejsze.

Tu i ówdzie po lasach było jeszcze spokojnie. W innych zakątkach Rzeczypospolitej w umocnieniu ludowej władzy przeciwstawiały się polskie oddziały rozwiązanego w styczniu ’45 AK, ostatnie szczątki grup dywersantów Verwolfu, który zapominając o zakończonej wojnie w dalszym ciągu ginęli dla wiary w Fuhrera. W Prusiech, na Pomorzu i Śląsku sprawy przebiegały inaczej. Głównymi sprawcami wszelkich sporów, grabieży byli sowieccy żołnierze, często pijani i niekontrolowani przez oficerów i NKWD.

Takie okoliczności sprawiały, że nawet kapitan James Wattson z Alianckiej Komisji Kontroli Ziem nie mógł czuć się bezpieczny. Przemieszczając się w towarzystwie oficera polskiego, sowieckiego i czterech żołnierzy NKWD obstawy, dwoma Willysami objeżdżali tereny dawnego rejonu walk w okolicach Konigsbergu, Braunsbergu i Allenstein. Zbieżność dni sprawiła że w ostatnich dniach lutego 1946 roku kpt. Wattson wraz z pozostałymi wracali już z powrotem do Danzig, skąd miał wrócić do Wielkiej Brytanii.

– Czemu zjeżdzamy? – spytał polski oficer

– Musiało benzyny zabraknąć, obywatelu majorze – odparł kierowca

– Niet benzin? – dopytał sowiecki oficer

Na poboczu kierowca po uzupełnieniu brakującej połowy pojemności baku zorientował się, że nie tu leży przyczyna awarii. Otworzył maskę, czyszcząc dysze gaźnika.

– Are you okay? What’s the matter?

– Gaźnik się zapchał – odparł kierowca zza maski

– Szto?

– Uże w pariadkie – wrócił polski major mówiąc do sowieckiego odpowiednika, który skomentował krótko i charakterystycznie dla Rosjanina

– Charoszaja maszyna

Kapitan Wattson nie ruszał się z fotela. Spoglądał cały ten czas na mapę usiłując rozpoznać miejsce, w którym mieli się znajdować. Obok po drugiej stronie mapa wskazywała staw. Oficer znalazł ten punkt na mapie upewniając się co do miejsca postoju. Zainteresowało go położone około dwustu metrów dalej wzgórze porośnięte lasem:

-What’s that? – spytał wskazując dłonią z ołówkiem

-Mogę? – prosił mapę major który stwierdził po chwili – Strzelnica. Striełkowe pole – podpowiedział od razu z rosyjska – Pojedziemy to zobaczyć kapitanie Wattson?

– Okay

Willysy podjechały pod wzgórze. Oficerowie wdrapali się na skarpę. Ich oczom ukazał się stojący w zagłębieniu czołg.

– O cholera! Pantera!

-Germany tank!

Enkawudziści z ochrony odruchowo zdjęli z pleców pepesze i dwóch z nich ostrożnie wdrapało się na wierzch. Jeden siłował się z włazem, a gdy zajrzał powiedział echem.

-Tak szto tam! Trupy… tolko.

-Raskażu swoim sołdatom sobirac maszynu w Braunsbergu!

-A dlaczego oni wcześniej nie zabrali? – dziwił się oficer – tamte rozbite z pobojowiska jeszcze przed zimą zabrali, aby ludzie mogli posiać oziminy.

-Okay, okay.

Amerykanin obszedł czołg ze wszystkich stron. Spojrzał także na przedpola i całą wieś w zimowej barwie. Przechodząc potknął się o zmarznięty przedmiot. Podniósł go do ręki. Okazał się to być niemiecki pistolet Walther, który wziął z sobą na pamiątkę.

-Przed nami jeszcze ostatni przystanek – stwierdził polski oficer – Elbing. Jednostki radzieckie toczyły tu ciężkie walki.

Po południu jeepy znalazły się w zniszczonym Elblągu mijając po drodze idące z naprzeciwka dwie kolumny repatriantów.

-My God! – westchnął Amerykanin

-Szto?

Oficer amerykański nie odpowiedział rosyjskiemu odpowiednikowi. Jako pracującemu w kontrwywiadzie aż zanadto była znana kwestia uchodźców z terenów wschodnich. Pomimo odczuwanej antypatii do Sowietów, do tego momentu nie wyrażał tego.

Major rozkazał zatrzymać się na jednej z długich brukowanych ulic przypominającej charakterem dzielnicę koszarową po obydwu stronach rosły wrośnięte w chodniku młode dęby, które pomimo ostrej zimy nie upuściły swych brunatnych poskręcanych liści. I to przykuło wzrok trzydziestoparoletniego Amerykanina. Spowita we mgle szarości odgruzowana ulica, ruiny wokół i te brunatne dęby, które zdołały przeżyć bombardowania, ostrzał oraz ludzi, wcześniej chcących pościnać je na opał.

Pasłęk/Godkowo, 26 II 2018

 

Leave a Reply

Theme by Anders Norén