Proza - polemika

Mogiły spomiędzy drzew

2018 r.

2018 r.

(Poniżej pierwszy rozdział „Mogił spomiędzy drzew” – książki kontynuującej losy Jędrka i Tadeusza, głównych bohaterów „Cieni spomiędzy drzew”. Przedstawiony rozdział ma charakter szkicu-projektu literackiego –  są błędy ale też wszystko może ulec przeobrażeniu w chwili wydania „Mogił” w formie papierowej.)

I

Folwark w Brzozowej Woli, wtorek 26 września, godzina 5.00

Łąką galopował jeździec. Pęciny zagrzebywały się w miękkiej ziemi, pozostawiając ślady w trawie. Na horyzoncie wstawał dzień. Czerwone słońce wychodziło znad dalekiego lasu dając długi cień galopującego konia i jeźdźca. Para wydobywająca się z nozdrzy zwierzęcia wyraźnie rozchodziła się w rześkim powietrzu wstającego dnia.

Ułan ściągnął wodze i wprowadził konia w pierwsze krzaki zagajnika. Znajdowało sie tam blisko setka innych kawalerzystów, dalej po drugiej stronie obozowiska umiejscowiono prowizoryczny sztab. Goniec podprowadził konia bliżej skupiska oficerów i podszedł sam do dowódcy z pismem, wyjmując je z torby:

– Panie poruczniku, starszy ułan Kogut melduje przybycie z pismem od podpułkownika Dąmbrowskiego!

– Dawaj!

Porucznik otworzył kopertę i przeczytał pismo, goniec jeszcze raz zwrócił się do dowódcy:

– Panie poruczniku, pozwoli pan zameldować!

– Mów!

– Dwa kilometrów stąd na południowy zachód w folwarku znajduje się oddział kawalerii sowieckiej.

– Siła ich?

– Na placu przed dworkiem kilkanaście szabel, w dworku nie widziałem, ale żadnego nie było pośród nich ruchu ani wart.

Żołnierz stanął przy jaszczu amunicyjnym pełniącym rolę stolika, na którym leżała rozłożona mapa. Wskazał palcem na osadę Brzozowa Wola. Porucznik dotąd pochylony wyprostował się pokazując swoją wyższość wzrostu o ponad głowę od ułana rezerwisty. Twarz miał pociągłą, przystojną o ciemnej karnacji, a spod hełmu wystawały krótkie kręcące się włosy.

– I tak musimy iść za rzekę, a teraz nadarza się okazja ich zaskoczyć. Może to jedyny oddział w okolicy. Twoja macierzysta jednostka?

– Trzynasty Pułk Wileński.

– Szwadron tatarski?

– Tak jest, panie poruczniku

– I ty się tu znalazłeś? Ale mniejsza o to… Wachmistrzu! – zwrócił się do stojącego obok podoficera – Zbierzcie ludzi!

– Tak jest.

W kwadrans później niekompletny szwadron kłusował łąką. Paręset metrów przed folwarkiem porucznik spieszył ułanów a koniowodnym rozkazał pozostać w małym brzozowym lasku tuż przy grobli prowadzącym w głąb bagien.

Ułani pobiegli miedzą ku folwarkowi i tam wbiegli przez tylną bramę. Drugi mniejszy pododdział zaczaił się przy głównej bramie. Wachmistrz dowodzący drugą grupą zastrzelił siedzącego pod drzewem krasnoarmiejcę, dając tym samym znak rozpoczęcia ataku. Żołnierze sowieccy zorientowawszy się, że nastąpił atak zaczęli ostrzeliwać główną bramę. W tym samym momencie porucznik z podległymi mu ułanami wbiegli przez sad i od tyłu zaatakowali broniących się Sowietów. Gdy już wszystkie karabiny czerwonoarmistów broniących się w podwórku zamilkły, żołnierze wbiegli do dworku i przeszukiwali wszystkie pomieszczenia, zabijając kolejnych broniących się Rosjan.

Po krótkiej walce oraz zabezpieczeniu wszystkich budynków folwarku, porucznik dał ręką znak wycofania się do lasu. Oficer popatrzył jeszcze na zabitych właścicieli dworku i rozsierdzony rozkazał strzelać do rannych. Porucznik przeszedł jeszcze po pokojach oraz innych pomieszczeniach dworku sprawdzając, czy pozostał jeszcze ktoś żywy ze służby, lecz nikogo nie napotkał. W pół godziny później w folwarku nie było żadnego żołnierza z polskiego oddziału.

Mieszkańcy Brzozowej Woli słysząc odgłosy walki w oddalonym nieopodal folwarku, ukryli się w domach, lecz gdy wszystko się uspokoiło, kierowani zaciekawieniem poszli  do dworku. Ich oczom ukazał się cały plac wjazdowy wypełniony trupami żołnierzy sowieckich. W sadzie chodził chudy koń skubiący młode pędy gałęzi i zrywający jabłka. Ludzie przerażeni obrazem walki stali wśród zmarłych i początku nikt nie śmiał czegokolwiek dotknąć. Pani Hanna stojąca w ganku zawołała męża:

– Pietr!..

– Co tam?

– Popatrz… Co z nimi?

Pan Piotr zagryzł wargi. Nie wiedział początkowo co zrobić. Myślał o dwóch możliwościach: osadnicy mogli odejść i udać że nic nie widzą, albo nakazem przyzwoitości pochować poległych. Pan Piotr zdecydował o drugiej opcji:

– Trzeba ich pochować, a i trupy bolszewików gdzie ukryć, bo jak kolejni przyjdą, to spalą i folwark i wieś! – stwierdził

– Tylko gdzie?

Zygmunt słysząc rozmowy powiedział:

– To musieli być ni kto jak nasi. Śpieszyli się, nie zebrali nawet broni. A tych trzeba wrzucić do ziemianki.

– Gdzie? A po co?

– Prawie w każdym folwarku znajdowała się ziemianka. A to latem trzymało się wino i miód, albo na przednówku o brzeźcu1 wybierano ostatnie kartofle do jedzenia. Mróz ich tam nie chwytał.

– Co ty mnie mówisz jak dziecku? – brat – Ty poradź lepiej gdzie ona może być? Trzeba to bolszewickie ścierwa pochować.

– Pietr! Opamiętaj się! Co ty mówisz? – wstrzymywała męża pani Hanna – to ludzie tacy jak i my.

Zygmunt po chwilowym namyśle odparł bratu:

– Mnie się co zdaje, że Radziewicze mieli taką w sadku, tam gdzie chabeta się włóczy. Trzeba zobaczyć!

Jędrek nie słuchając zwady wziął najbliżej leżący karabin, pas z ładownicami i pobiegł do wsi słysząc jedynie wrzaski ojca:

– Jędrek, ciebie gdzie znowu niesie?

– Ociec, nie bojta się o mnie!

– Znów zginiesz na parę dni!

– Nic mnie nie będzie – odpowiedział głośno znikając za żywopłotem

Ludzie chodzili i rozmawiali. Pan Piotr podążył za panem Zygmuntem i obaj otwarli klapę ziemianki. Wyrzucili ze środka puste drewniane skrzynki i zaczęli znosić poległych, które wkładali do grobu. W ślad za nimi Marczaki, Stefanowicze i pozostali sąsiedzi łapiąc za poły płaszczy czy rubaszek, niosąc, czy ciągnąc po ziemi. Ktoś nawet ciągnął zwłoki za nogawki. Bracia Kozłowscy wkładali tylko przyciągnięte ciała, jeden obok drugiego, robiąc jak najwięcej miejsca na kolejne. W ciągu godziny uprzątnięto cały wjazd, trawę a z dworku znoszono ostatnie ciała. Ludzie zasypywali piaskiem ostatnie ślady krwi, konia pod zaprzęg wziął za namową jeden z okolicznych.

Pan Piotr zabrał ze stajni Aresa, napoił go i ulokował w swojej stodole, a ciała zabitych włościan Wojtek Cybula z ojcem oraz panem Zygmuntem ułożyli na podwodzie i zawieźli do kościoła, gdzie ksiądz Aleksander modlił się za dusze zamordowanych we wsi. Organista zbił naprędce trumny i po południu proboszcz pogrzebał na przykościelnym cmentarzu we wcześniej wykopanych naprędce kwaterach, które zaraz zasypano. Mogiły przyozdobiło łącznie kolejne sześć olchowych krzyży.

Wojtek wraz z Michałkiem wbijając krzyż tak powiedział:

– Przez ostatnie 10 lat nie narosło tyle mogił, co od początku tego miesiąca…

Radziewiczów pochowano w oddzielnym miejscu przy ich rodzicach pod rosnącymi dwoma świerkami. Do wieczora było już po przykrej uroczystości, a miejscowi wrócili do codziennych zajęć. Pan Piotr naradził się z bratem, że po zmierzchu pójdą zasypać ziemią wrzucane do ziemianki krasnoarmiejców, by nie rozchodził się smród rozkładających się ciał.

Jędrek stroczył Siwka i pognał galopem do Osowca. Zbliżając się do rzeki, gdzie blisko dwieście metrów przed mostem po obu stronach drogi znajdowały się bagna osłonięte od szosy lasem zobaczył z dala przed sobą dwóch uzbrojonych żołnierzy.

– „Nasi, czy czerwoni?” – zapytał się w duchu

Przyhamował Siwka do kłusu i trzymając rosyjski karabinek na udach jedną ręką trzymał wodze, drugą zaś zarepetował zamek.

Powoli zbliżył się do mundurowych. Ci widząc broń, wymierzyli Mauserami w chłopaka.

– Ręce w górę! – padło polecenie w stronę Jędrka

Kozłowski podniósł ręce. Jeden z żołnierzy ostrożnie wziął rosyjskiego Mosina, drugi bez przerwy mierzył w chłopaka osłaniając jednocześnie swojego kolegę:

– Złaź na drogę!

Kozłowski zeskoczył na bruk:

– Pozwoliłem opuścić ręce?

– Spokojnie! Ja swój. Zaprowadźcie mnie do dowódcy!

– Cicho! – odparł mundurowy – Wiemy co z takimi robić!

– Co chceta to róbcie, tylko zaprowadźcie mnie do komendanta. Chcę rozmawiać z oficerem.

– Patrzcie, jaki ważny?! – drwił jeden

– Dobra, dawaj go! Być może jest to co ważnego – wskazał drugi po namyśle

Jędrek został poprowadzony łąką do gęsto zalesionej brzeziny, gdzie stanął przed oficerem w stopniu porucznika:

– Panie poruczniku!…

– Co tam macie?

– Dywersanta my złapali.

Oficer spojrzał na chłopaka w białej koszuli wpuszczonej w spodnie przewiązane sznurkiem, sprawiający wrażenie wiejskiego podlotka:

– Marny jak na dywersanta… Co miał przy sobie?

– Melduję że posiadał karabin bolszewicki i amunicję w pasie. Na sprzączce widnieje ichnia gwiazda – odparł jeden z ułanów.

– Skąd to wziąłeś?

– Z folwarku, panie poruczniku. Tam skąd wybiliście oddział czerwonych. Mieszkam we wsi, słyszałem strzały.

– Więc po coś tu przyjechał do nas?

– Chcę z wami.

– Koń twój?

– Mój.

– Bierz go i wracaj do mamki! Przyjdzie ci jeszcze czas by ginąć.

– Ja jużem bił się z Niemcami. Umiem strzelać. Służyłem w zwiadzie grajewskiego pułku strzelców konnych.

– Ty? – zdziwił się oficer – Z taką posturą?

– Ja. U nas każdy tak wygląda.

Porucznik pomyślał chwilę i przywołał do siebie jednego z ułanów:

– Na rozkaz, panie poruczniku!

– Oddacie jemu karabin, pas również! Przekaż wachmistrzowi polecenie ode mnie, by wziął mundur od zabitego i dał dla młodego. A Ty będziesz go pilnował krok w krok. Potrzeba nam każdego mogącego walczyć. Jak spróbuje uciec do czerwonych, to zastrzelić! Obaj odmaszerować!

– Tak jest!

– Warta! Do mnie!

Gdy Jędrek z ułanem odeszli, stanął na ich miejscu stróżujący piechociarz:

– Melduję się panie poruczniku!

– Gdy goniec z Osowca wróci, natychmiast ma się tu stawić!

Żołnierz nie musiał czekać na gońca, który zaraz zjawił się w sztabie:

– Jestem z powrotem, panie poruczniku!

– Mów!

– Droga przez twierdzę wolna. Nie ma czujek ani wart. Wygląda, że opuszczona.

– A jak nie? – wtrącił stojący obok adiutant – Twierdza nie może stać od tak sobie pusta – wykalkulował – Co jeśli w forcie zakwaterowała się cała kompania? Po cichu przejdziemy?

– Czołgi stojące paręset metrów w fortach zniszczą nas. – odparł dowódca

– Jeszcze parę dni temu byli tam Niemcy…

– Ile tych czołgów? – dowódca spytał gońca

– Widziałem trzy, jakby to był oddział rozpoznawczy jakiejś większej jednostki.

W tej chwili przy gońcu stanął Jędrek umundurowany, dopinający ostatnie guziki od munduru. Goniec popatrzył na zaplamioną na czerwono kurtkę:

– Obyś nie podzielił losu tego, kogo ta kurtka była własnością.

Jędrek słysząc opinię starszego konnego zorientował się iż on miał inne rysy na twarzy niż pozostali. Długo wpatrywał się w niego, co zauważył oficer.

– Dziwisz się? – powiedział porucznik – Tu w jednostce nie mamy tradycji, jak w twoim rodzimym pułku. Mam tu żołnierzy z Wilna, z trzynastego pułku, z Wołkowyska: ze sto drugiego i sto dziesiątego zapasowego, paru znalazło się i z piechoty oraz pozostałych z kilku innych rozbitych jednostek. Łączy nas tylko chęć walki. Nic poza tym… Rozkazuję wszystkim wyruszać!

– Panie poruczniku!

– Co jeszcze? Spieszno nam.

– W którym forcie stały te czołgi? – pytał Kozłowski

Porucznik powtórzył pytanie do Tatarzyna, który potwierdził ich obecność w zachodniej części.

– Możemy pójść na wschodnią bramę, koło cmentarza do Goniądza.

– Znasz twierdzę?

– Znam, byłem jak istniała tu szkoła podoficerska Korpusu Pogranicza, potem gdy stał sto trzydziesty piąty pułk podpułkownika Tabaczyńskiego

– To dobrze. Poprowadzisz. Ułani, na koń! – rozkazał oficer składając mapę

Jędrek wrócił na skraj lasku i wyjechał łąką na szosę. Obserwując chwilę i stwierdziwszy zaistniały spokój machnął na pozostałych, którzy podążyli jego śladem. Kłusem jako prowadzący odjechał na pewną odległość i ułani za rozkazem porucznika trzymając dystans jechali za nim. Jeden z ułanów zbliżył się do Kozłowskiego, oddał mu pas i karabinek, który zaraz zawiesił na plecach.

Ułani przejechali most na Biebrzy i wjechali w mury twierdzy. Zewsząd panowała cisza a wśród budynków rozchodziło się jedynie echo tupotu podków o kamienny bruk. Oddział minął kolejno budynki koszar, plac, ruiny fortu i cmentarz, przy którym Jędrek przeżegnał się, rozpoznając grób siostry, a na koniec razem przejechali otwartą wschodnią bramę.

Oddział później galopował przez kolejne wioski. Porucznik spojrzał na zegarek wskazujący kwadrans po ósmej. Na skrzyżowaniu rozkazał Jędrkowi skręcić w lewo na północ do wsi nazywanej Dolistowo Stare, tam część oddziału zjechała w pola między stogi siana, ułani bez wczesnego rozpoznania zajęli wieś, gdzie również na jej krańcu rozlokował się sztab.

1 W marcu

1 Comment

Leave a Reply

Theme by Anders Norén