(Jest to pierwszy rozdział szkicu nowego projektu, który być może w przyszłości za rokuje książką. Nowa tematyka, nowe zainteresowania, inny świat. Sorry za błędy)

Zamiast wstępu

Druga połowa stycznia 1945r.

Panował mocny mróz. Śnieżyca popędzana wiatrem targała ubraniami ludzi tworzących parokilometrową kolumnę. Uchodźcy szli w milczeniu zasypywani przez zamieć, która zagłuszyła trwającą za horyzontem kanonadę ze wschodu. Ludzie byli przerażeni myślą nadejścia Armii Czerwonej. Starsi, kobiety w późnej ciąży krocząc w wolniejszym tempie stopniowo odstawały na tyłach kolumny. Wyróżniane białymi chustami z czerwonym krzyżykiem na czole pielęgniarki nachylały ucha wypytując też o samopoczucie. Nic innego nie mogły zrobić. Dziewczęta miały w torbach zaledwie po kilka opatrunków, teki i pozostałe materiały szły w pierwszeństwie do szpitali frontowych.

Nagle ktoś zaczął krzyczeć aby zejść na pobocze. Z naprzeciwka jechały trzy ciężarówki z żołnierzami ciągnącymi armaty. Z uciekających pojawił się tylko mętny wzrok w kierunku siedzących na pakach młodych chłopców w milczeniu wyposażonych w karabiny jak i pancerfausty.

Kolumna śpiesznie zaczęła przechodzić przez most na Pasłęce. Za rzeką teren stawał się bardziej lesisty, który choć trochę mógł zapewnić ochronę od zimnego wiatru.

Mała dziewczyna z brązowym misiem odłączyła się od kolumny i z wysiłkiem podreptała polem w stronę wzgórka porośniętego przyciętymi wpół wierzbami od których odchodziły gałązki pnące się ku niebu. Drzewa były przycinane niedawno, lecz nazbyt wysoko, gdyż tuląc się do pnia można było je swobodnie opleść rękami.

Dziewczynka śmiało kroczyła na szczyt pomiędzy drzewa i jak znikła pomiędzy drzewami w kolumnie rozlegał się krzyk i gros pytań o dziecko. Ktoś wskazał szukającej kobiecie wzgórze i kobieta nie widząc innej możności zostawiła na uboczu walizkę i prawie biegnąc polem pokierowało się ku zagęstwieniu. Przy samej linii drzew odkryła nie zasypane przez zamieć ślady małych stóp i podnosząc głowę ujrzała dziewczynę stojącą nieruchomo nad wysoko usypanym stosem przysypanych, choć dając poznać spod śniegu kamieni. Dziecko patrząc na kamienie ułożone wyżej ponad nią nic nie mówiła

– Emma! Nie uciekaj więcej z kolumny

– Ja chcę z mamą… – powiedziała obniżając głowę ośmioletnia dziewczynka

– Mamusia poczeka jeszcze parę dni na tatusia i przyjedzie niedługo. Zobaczycie się u cioci Hildy w Wittenberdze.

Kobieta ujrzała obok kilkunastu rozrzuconych martwych ciał w szarych mundurach po części przysypanych białym puchem

– Mój Boże! – przelękła się odruchowo dłonią zakryła oczy dziewczynce.

Wzięła ją pod rękę i sprowadziła na szosę. Kolumna wydała się nieskończenie długa. Kobieta wzięła walizkę i prowadząc dziecko dołączyła do pozostałych uciekających. Siedzących obok na wozie stangret zainteresował się dzieckiem:

– Pani co tak dziecko po lesie prowadzi?

– Sprawa konieczna to jak inaczej? – odparła

– Pani da ją tu na wóz! Ta mała chudoba z pewnością gdzieś się pomieści.

Kobieta rzuciła walizkę na tobołach i usadowiła dziecko na meblach:

– Pan tak te meble ciągnie. Na co one? Jeden czeka nas los.

– Proszę tak nie mówić. Jeszcze tu wrócimy. A jeśli nie, to choć to drewno pozostanie. Najwyżej to na ognisko się wrzuci, żeby nocą ogrzać się dało. No ma!… – jegomość podał kobiecie butelkę.

– Co to jest?

– Wino.

– Jak to tak można?

– Pije pani. Ciepło się zrobi. A co pani myśli, co nikt choć butli swojego sznapsa w płaszczu albo tobołku chowa. Śmiało!

Kobieta upiła prędko kilka łyków bez zażenowania i oddała zdziwionemu mężczyźnie, który na to nic nie powiedział.

– Pani daleko tak z córką? – spytał tylko

– To nie moja córka. Sąsiadka prosiła mnie żebym zostawiła małą w u jej ciotki w Sachsen-Anhalt. Stamtąd pochodzą.

– Zgodziła się pani?

– Ja i tak sama. Męża nie mam.

– Choć u pani nikt z bliskich nie zginął.

– Ojciec, pod Kijowem w czterdziestym pierwszym – przyznała krótko w paru słowach

– Przeklęte bolszewiki, to też wina fuhrera oraz generałów, że pozwolili jemu zaatakować Rosjan

– Niech pan uważa, bo grozi za to szubienica, w najlepszym wypadku kula – doradzała kobieta

– Ja stary, co mi zależy. Żona zginęła w gruzach przez rosyjskie bomby lotnicze. O synu nie wiem czy jeszcze żyje. U bolszewików na froncie nasi masowo giną, więc co mi mogą zrobić?

– Nie wiem, ale gdy byłam z Emmą w tamtej gęstwinie leżało tam przy stosie kamiennym dużo martwych żołnierzy.

– W starej pruskiej osadzie.

– Osadzie?

– Ludzie powiadali że przed wiekami co sprawiedliwsi w miejscu gdzie była osada, gród, a później wieś wolnych pierwotnych mieszkańców tych ziem wydłubywali kamienie z fundamentów i układali na pamięć po nich.

– Panie, jak na pamięć. Niemcy, wasi potomkowie od krzyżackiego miecza, wiek z wieka tu na tych ziemiach mieszkali i żyli.

– Otóż nie…

– Helmut!

– Kto to taki? – spytał woźnica

– Syn mój tam w pobliżu pozostał.

Spośród kilkunastu żołnierzy, dwu było umundurowanych na biało. Każdy z nich stał w dwuszeregu na wprost majora wizytującego pułk przed atakiem na pozycje sowieckie. Każdy z podkomendnych w szarych obwisłych mundurach feldgrau i furażerkami Hitlerjugend stał dumnie słuchając słów oficera SS krzepiącego do walki i mówiącego o nadchodzących zwycięstwach:

– Nowa Wunderwaffe zbiera wszystkie siły by odeprzeć bolszewickie hordy osiągając wielkie zwycięstwa! – powtarzał w każdej kompanii – Fuhrer Adolf Hitler liczy na was każdego i nie zapomni o zasługach w dniu ostatecznego zwycięstwa.

Młodzież dumna i ucieszona o możliwości szybkiego awansu z zapałem przygotowywała się do wymarszu. Co któryś zapinał pas, inny ściągał szelki, jeden niziołek z bujną jaską grzywą poprawiał czapkę. Nie udało się jednak ukryć tego, że brakowało wyposażenia, a często spod munduru czy płaszcza wystawał kołnierz wełnianego swetra.

Kilkanaście minut trwało przygotowywanie do wymarszu. Żołnierze czekali z niecierpliwieniem jak major zakończy apele w ostatnich kompaniach pułku.

Przypatrując się całym szeregom, łatwo było dostrzec, jakie nieskładne było to wojsko. Mężczyźni i chłopcy w różnym wieku, innego wzrostu. Mundury przeplatały się z ubraniami używanymi na co dzień, a w rękach pozawieszany cały arsenał broni ręcznej od karabinów pochodzących z krajów podbity poprzez rakietnice przeciwpancerne, Pancerfausty i wiązki granatów.

Kompanie uszczuplone do jednej trzeciej przez ostatnie walki na Mazowszu, uzupełniono o grupy żołnierzy werbowanych z chłopców w wieku piętnastu lat oraz starszych mężczyzn.

Nagle echem rozległa się komenda do wymarszu. Grenadierzy przeszli w „piątki” i kolumnami wychodzili z placu koszarowego. Przed wieczorem pułk dotarł w miejsce koncentracji. Zajmując okopy w drugiej linii, podoficerowie od razu transzejami i lasem w mroku prowadzili poszczególne plutony na punkty wyjściowe Korpusu, skąd miało wyjść natarcie z wysoczyzny na pozycje sowieckie.

Noc była spokojna. Daleko gdzieś ponad drzewami od kilku minut błyskała flara oświetlając przedpole przyszłego boju:

– Wielu nie wróci – padł szept w okopie

– Co?

– Wielu z was nie wróci.

– Do cholery! Nie gadać tam! – mruknął gefreiter

Jakby w odpowiedzi wystrzeliła kolejna raca:

– I nie podnosić się! Snajperzy siedzą na drzewach.

Powoli zrywał się mroźny wiatr. Noc zapowiadała się długa i zimna. Żołnierze, a szczególnie młodzi siedzieli skuleni w jamach i okopach, kilku tych nie szepczących pomiędzy sobą rozmów trzęsło się. Wszyscy zaś schyleni tkwili zasłoną od wiatru. Jeden tylko w zimowym płaszczu i również białym płótnie, którym dawno obwiązał sobie hełm, kucając nawiązywał po kilka słów. Gdy dotarł do młodych zakłócając szeptem szum wiatru w gałęziach drzew krzewów spytał:

– Jak się trzymacie?

– Wytrwamy…

– Wiara w zwycięstwo i fuhrera dodaje nam sił! – dodał z naiwną dumą wysoki młodzieniec

– Doprawdy? A mnie wzmocniłaby gorąca kawa i chleb ze słoniną. Nie wierzę że żyjecie nadzieją, jaką dzielą się w kronikach.

– Naród niemiecki jest niezwyciężony!

– Nie widać tego! – realnie zaprzeczał starszy doświadczeniem grenadier

– Nie wierzycie w fuhrera Adolfa Hitlera? – dopytywał młodzieniec

– W Prusy wierzę, w coś trwającego na tej ziemi od wieków, Hitler to mara! To klęska całego narodu! – odparł weteran

– Nie możemy słuchać. Po ataku zamelduję lejtnantowi Hartmannowi o zdradzie!

– Jeśli dożyjesz tego momentu, to zamelduj! I tak porucznik będzie miał na pewno wniejsze sprawy niż wysłuchiwania skarg niewykształconej młodzieży.

Grenadier poprawił granaty na pasie, a jeden włożył za cholewę buta. Nie czekając na odpowiedź chłopców kucając nisko w kolanach z karabinem zawiniętym w białe pocięte na paski prześcieradło, zaczął przebiegać w dalszą część okopu. Jeden z młodzianków wstrzymał go, przytrzymując jego ramię:

– I tak pójdziemy z tym do porucznika.

– Jeśli tak chcecie zrobić z siebie durniów to pospieszcie się. Natarcie przesunięto i rozpocznie się za dwadzieścia minut.

Żaden z młodych nic nie odpowiedział.

Atak rozpoczął się o pierwszej trzydzieści w nocy. Kilku saperów z kompanii inżynieryjnej czołgając się po przedpolu rozminowywali przejścia dla pozostałych, którzy takim samym sposobem przekradali się w ciszy ku sowieckim pozycjom.

Bardziej doświadczeni żołnierze prowadzili małe kolumny czołgające się jeden za drugim. Piechota szturmowa świadoma że i tym razem nie dostanie wsparcia artylerii, uważniej zalegała w śniegu. Wystrzelone flary okazały się pomocne dla wroga, gdyż w bliskiej odległości rozpoczął się gwałtowny ogień z broni strzeleckiej Rosjan. Atakujący leżąc w śniegu wyrzucali granaty ku nieprzyjacielskim okopom i narzuceni doświadczeniem weterani, a za nimi i pododdziały poderwały się, które szturmem przy zrastającej liczbie zabitych oraz rannych wskoczyły do transzei rosyjskich, gdzie rozpoczęła się zażarta walka każdym przedmiotem, który mógł znaleźć się w pobliżu rąk. Strzały z broni stały się rzadkością, zastąpiły je trzaski i brzęczenia metalu i jęki zabijanych. Młodzi z wielką werwą walczyli z wrogiem, jednego zabitego zastępował drugi.

W końcu Rosjanie świadom że nie utrzymują pozycji zaczęli wybiegać z okopów w las i pobliską łąkę, będącą w parze zimowej pustkowiem. Rozgrzani żołnierze w ferworze walki najpierw naprzód, a gdzieś daleko w przód zaczęła walić artyleria z dział czołgowych, które z powodu skrajnych oszczędności amunicji dostały przyzwolenie na kilka strzałów.

Będąc poza zasięgiem oświetlających przedpole rac, żołnierze powoli przestawali odróżniać kilka świateł częściowo przysłaniając przez jakieś zabudowania. Pułk nacierać dalej. Rozciągnięty w kilkanaście kolumn brnących w głębokim śniegu żołnierzy oddział przechodził polem w kierunku najbliższej wsi chcąc zaskoczyć przeciwnika zajmującego zabudowania. Było to już niemożliwie, gdyż Sowieci zaczęli strzelać na ośle. Weterani w wcześniejszych walk taką samą taktyką obrzucili granatami pozycje sowieckie i natychmiast wycofywali się.

W tym momencie za piechotą nadjechały czołgi. Wystrzeliły kilka pocisków zapalając kilka budynków, przez co rozjaśniła się skupiona zabudowaniami wieś.

Atakujący z mroku, doskonale widzieli wroga i podbiegając skokami od osłony do osłony unieszkodliwiali doskonale widocznych w ogniu Sowietów. Ponosząc duże straty bolszewicy zaczęli opuszczać pozycje i uchodzić na wzgórza. Pozostałe kompanie wraz z batalionem czołgów i jednostkami drugiego rzutu atakowały dalej, chcącymi połączyć się z jednostkami z północnego wschodu, aby utworzyć wspólny front od umocnień braniewskich do Ornety i Warmińskiego Heilsbergu.

Po kilkunastu minutach od ostatnich strzałów, kiedy to rozstrzeliwano jeńców i rannych żołnierzy sowieckich, pozostali we wsi mieszkańcy, choć była jeszcze mroźna, sypiąca śniegiem noc, wychodzili do swoich żołnierzy ze wzruszeniem witając rodaków. Starsi żołnierze doświadczeni takimi wypadkami pozostawali bez reakcji, młodzi poddali się uniesieniu.

Helmut! Widziałeś co z Matteonim i Adolfem?

– Włoch od razu padł od kuli. Dziw że na mrozie tak wytrzymał, a Adolf… Nie widziałem. Może po lesie się zagubił – odparł grenadier

– Na wilki trafi to i krzyż z żelaza trzeba wykuć.

– Jak kto jego trupa znajdzie.

– Zająć kwatery! – padały rozkazy po plutonach

Nikt nie przejmował się palącymi się budynkami. Żołnierze wchodzili do domów i w świetle latarni znajdowali sobiemiejsca na krótki planowany odpoczynek. Kompanie wystawiły warty na dawnych pozycjach sowieckich. Gdzieś w budynku padły serie strzałów. Dowódca batalionu zaniepokoił się:

– Co się tam dzieje do cholery?

Sam wbrew zasadom regulaminu pobiegł w niepokojące miejsce. Zanim wszedł do środka natknął się na wysokiego sierżanta spokojnie palącego papierosa i zmieniającego magazynek. Z lufy schmeissera ulatniał się dym.

– Spokojnie panie poruczniku. Paru bolszewików spało pijanych, to już ich nie budziliśmy. Leżą sobie spokojnie. Nic nikomu nie zrobią! – podeśmiewał się sierżanta

Oficer początkowo nie wiedział co odpowiedzieć:

– Wy sierżancie powinniście iść do psychiatry – powiedziała

– Nie ma takiej potrzeby. Ta ziemia – wskazał ręką – ta ziemia zostanie naszą zbiorowym grobem

– Sierżancie! Oddam pod sąd za sianie wrogiej propagandy

– Niech pan robi co chce poruczniku – odpowiedział obojętnie po czym odszedł na kwaterę

Pluton Helmuta wraz z trzecim plutonem jednej kompani zajęli gospodę i zaczęli porządkować bałagan. Nie od razu spostrzegli się co zaszło. Przy wejściu do dużej sali jeden z volks grenadierów potknął się o coś dużego. Przyświecił latarką i ujrzał pod sobą trupa starszego mężczyzny. Zaraz za jego sygnałem zrobiło się widno od świateł innych. Dwóch młodych z Hitlerjugend zwymiotowało pod siebie na podłogę:

– Posprzątacie to, albo będziecie spać w tych miejscach gdzie narzygaliście – padło polecenie kaprala

W środku pomieszczenia na stoliku leżał korpus dziewczyny. Głowa i nogi zwisały w dół. Martwa dziewczyna miała odkrytą dolną część ciała, twarz podrapana i posiniaczona budziła przerażenie. Pod rozpinanym przez kogoś swetrze widniała czerwona plama na piersi od wkłuwanego bagnetu lub wstrzelonej kuli. Dalej pod ścianą leżał chłopiec z roztrzaskaną głową. Żołnierze nakryli obnażone ciało dziewczyny.

– Chłopiec miał z osiem albo nawet dziesięc lat – stwierdził ktoś w mroku

– co tu macie? – spytał wchodzący porucznik – Mein Gott! – po czym dodał zaraz – Adolf! Helmut! – zwrócił się do weteranów – Weźcie kilku młodych. Niech wyniosą ciała do stodoły i złożą na sianie. Niech uczą się życia, a wy dwaj znajdźcie gdzieś miejscowych i nakażcie aby po naszym odejściu pogrzebali ich w stosownym miejscu.

Weterani w białych kombinezonach, z których jeden miała Mausera z lunetą, drugi natomiast karabinek szturmowy wzięli sześciu chłopców z Volksgrenadier, którzy zanieśli zabitych w głąb wsi gdzie w stodole na jednej z gospodarstw układano ciała. Pół godziny później po powrocie przechodząc nad śpiącymi sztumowcami znaleźli sobie miejsce pod przednią ścianą obok zmarzniętej kałuży krwi. Tak przespali krótki czas.

Dwie godziny później zbudził ich wybuch pocisku. W sali zawiało śnieżycą. Jeden z grenadierów wbiegł do środka przyświecając:

– Bolszewickie czołgi!

Żołnierze pozrywali się i kolejno przewracając meble wybiegali na podwórko. Grenadierzy i piechota ludowa zajęła miejsca w budynkach i poskrywali się za innymi osłonami w całej wsi. Jeden z oficerów wystrzelił flarę i oddalone około stu metrów od miejscowości nadciągały czołgi z desantem.

Gdzieś pomiędzy zabudowaniami wybuchł kolejny pocisk. Grenadierzy z pancerfaustami czołgając się podążyli w stronę nacierających. Niewidoczni w śniegu przez przeciwnika zbliżali się na bliższą odległość by móc oddać pewny strzał.

Po kilku chwilach błysnęły lufy granatników. Trzy z kolumny czołgów zatrzymało się a z zabudowań wiejskich padły strzały i ogień z moździerzy. Przedpole oświetliły błyski wybuchów. Bolszewicy zalegli w śniegu, a do natarcia ruszyły czołgi, strzelające gęsto ze swoich kaemów, coraz częściej błyskały działa. Długo nie trwało kiedy ko;lejny z nic zatrzymał się. Inny kręcił się w miejscu z uszkodzoną gąsienicą. Ostatnie dwa pojazdy powoli wycofywały się. Jeszcze kilka minut trwała wymiana strzałów i powoli uspokoiło się. Wiatr na nowo hulał w gałęziach studząc lufy karabinów maszynowych.

Żołnierze odpoczywali. Co niektórzy zgłodniali po walce przegryzali kęsy czarnego chleba

– Zmiana czujek! Reszta z powrotem do domów! – rozkazywali oficerowe

Wyglądało tak, jakby nie było strat w kompaniach. Bój był krótki, wyglądało to na rozpoznanie

– Helmut! Zawołaj mi Helmuta – rozkazał porucznik do najbliższego młodzianka z Hitler jugend

– Tak jest! Panie poruczniku

Kilka chwil jak i stał przy oficerze w sztabie batalionu ubrany na biało z Mauserem grenadier

– No, jesteś nareszcie! Wiesz co to tu na mapie?

– Wioska o nazwie Lauck.

– Zgadza się – odparł oficer – Jeśli chcesz to weźmiesz z sobą kogoś oprócz Adolfa. On mi jest potrzebny tutaj… No więc jak chcesz. Twoim zadaniem jest zajęcie stanowiska na wieży kościoła w Lauck. Rano będziemy przechodzić przez wiesz na Deutschendorf i Furstenau. Weźmiesz też jedno MG i dwa zapasowe skrzynki z nabojami – osłonisz nas. I tak jak już mówiłem weź kogoś do pomocy.

– Wolę sam, panie poruczniku.

– Czemu?

– Łatwiej będzie mi się wycofać, gdyby zaszła potrzeba. Młodzian by mnie spowalniał.

– Jak uważasz…

– Kiedy mam wyruszyć?

– Jak tylko rozwidni się. Dołączysz do nas w Deutschendorf. Zostawimy tam pluton dla tylnej straży. Zabierzesz się z nim

– Tak jest

– W drugim pokoju stoi dla ciebie broń

– Mogę odejść? – spytał Helmut

– Jesteś wolny. Heil Hitler!

Helmut tylko zasalutował po żołniersku, zawrócił się i chciał odejść, lecz porucznik wstrzymał go:

– Żołnierzu! Halt!

Helmut z powrotem odwrócił się do oficera:

– Mogę oddać cię pod sąd! – wrzasnął porucznik – dlaczego nie odmeldowujecie się regulaminowo? Składaliście przysięgę na wierność fuhrerowi Adolfowi Hitlerowi.

– A kimże jest Hitler?

– To defetyzm! Pójdziesz pod sąd! Nie zapominaj o tym, że jesteś Niemcem i walczysz o wolną Rzeszę.

– O ludzkie życie walczę przeciw bolszewizmowi. Nie jestem Niemcem!

– A kim?

– Prusem jestem. Jak mój pradziad, wolny obywatel tych ziem. Oni dawno umarli, ziemia pozostała.

Trzy godziny później Helmut był już w Lauck. Wchodził na wzgórek i wszedł do otwartego kościoła. Zakładając kaem MG42 na plecy wszedł przejściem na chór i jednocześnie drewnianymi schodami na szczyt wieży. Drewniana bariera schodów była obdrapana nożykami i wymazano na niej imiona chłopców i dziewcząt młodych, co świadczyło o młodym wieku. Wchodząc wyżej spostrzegł brak dzwonów, które z pewnością zdjęto i wywieziono do huty, do przetopienia na armaty. Przypomniał sobie jak już w roku czterdziestym trzecim widywał na ulicach chłopców wożących w wózkach uszkodzone patelnie i wiadra, wielkie żelazo i stal, które pobierano na rynku miasta, wrzucano na pakę ciężarowego opla i wywożono je do zakładów do przetopienia.

Na szczycie wieży uchylił okienko i przygotował stanowisko. Ustawił karabin maszynowy, wyjął taśmy ze skrzynek którym zasłonił najciekawszą szparę przez którą wiało zimnem. Poprawił czapkę pod hełmem i czekał.

Kilku żołnierzy wyszło z budynku szkolnego z czego jeden załatwił potrzebę na trawniku, zaś pozostali dwaj przynieśli po narzędziu drzewa do pieca. Po paru minutach z kominów budynku szkolnego począł wychodzić dym. Helmut przez pewien moment szczerze zazdrościł żołnierzom, myślał o domu w Sambii, powrocie do gospodarstwa, o rodzicach, narzeczonej pozostawionej w sąsiedztwie.

Nagle uświadomił sobie, że tego już nie ma. Że bolszewizm mógł zrównać z ziemią całą wieś. Obawiał się tego, że mogło się wszystko wydarzyć. Słyszał od ludzi z tamtych stron opowieści na temat wydarzeń w Nemmersdorf, widział roztrzaskaną twarz dziecka w Gottchendorf.

Zastanowił się chwilę. Doszedł do wniosku iż Sowieci nie mieli zbytnio czasu na postój, a i osada nie była broniona, gdyż nie było widać zniszczeń po przejściu frontu. Teraz gdy odbili część Pogezanii chcąc połączyć się z wojskami wycofującymi się przez Warmię na Zachód.

Wypatrując przez lunetę dostrzegł jakiś ruch w oddali w dolinie. Będąc pewnym że to jego pułk zaczął się przemieszczać ustawił broń na pozycji, włożył taśmę z nabojami do kaemu i czekał ciągle wypatrując.

Uchylił pozostałe okienka zasłaniane przez drewniane wypalone przez lata słońcem okiennice. Kompania w pośpiechu przeszła część wsi, zboczyła na drogę prowadzącą na wiejski cmentarz i do Furstenau. We wsi pozostało kilku żołnierzy tworzący straż tylną zgrupowania. Helmut wychylił się przypatrując jak jeden z grenadierów pomachiwał mu by zszedł na dół. Helmut śmielej wystawił głowę:

– Nein! Zostanę jeszcze jakiś czas

– Jak chcesz! – odkrzyknął tamten

Żołnierze zabrali się. Trzech oddaliło się kilkadziesiąt metrów obserwując okolicę. Ze szkoły wyszli żandarmi i razem podążyli za kompanią brukową drogą prowadzącą przez pola do sąsiedniej miejscowości.

Spokój nie trwał długo. Prędko rozszedł się po okolicy odgłos walk. Ostrzał artyleryjski niszczył kolejne domy, powodując w pułku ogromne straty. Liczne sylwetki żołnierzy z rozbitych kompanii biegły polami na przełaj z powrotem do Lauck. Za nimi spieszyły kołyszące się na nierównościach pól czołgi z ubranymi na biało żołnierzami siedzącymi na pancerzach. Pojazdy gęsto ostrzeliwały uciekających, których szeregi stopniowo przerzedzały się.

Helmut nie czekając przeładował MG i otworzył ogień próbując trafiać kulami w czerwonoarmistów siedzących na pancerzach wozów bojowych. Pojazdy zatrzymały się do chwilowego postoju. Sowieccy fizylierzy zeskakiwali w śnieg i od tej pory brnęli na nowo za pojazdami śladami gąsienic. Tymczasem Helmut zmienił taśmę. Załadował ostatnią i oszczędnie strzelał krótkimi seriami dokładnie wypatrując żołnierzy bolszewickich.

Chwila, którą grenadier wymusił na zatrzymanie sowieckich maszyn umożliwiła części żołnierzy znalezienie osłony w zabudowaniach Lauck. Nie zwlekając długo zaraz z ich strony padły pociski z granatników, które w jednym momencie zniszczyły dwa czołgi. Piechota wybiegła zza pojazdów i tyralierą nacierała w kierunku wsi. Wspólny zagęszczony ogień Helmuta i pozostałych obrońców przydusił czerwonoarmistów do ziemi.

Amunicja skończyła się. Grenadier sprawdził jeszcze raz skrzynki w poszukiwaniu nabojów i zmuszony był odstawić kaem na bok. Zaczął strzelać z Mausera dokładnie odnajdując w lunecie cele, co nie było trudne ze względu na zachmurzenie jakie panowało na niebie, przez co nie oślepiał śnieg.

Wspierając kryjących się w zabudowaniach rozbitków doprowadzili do załamania się natarcia. Uspokoiło się, a w parę minut później spostrzegł, że ktoś wchodził po schodach na wieżę kościoła, gdzie miał stanowisko:

– Ty z której kompanii? – usłyszał

– A wy? – zwrócił się Helmut do dwóch żołnierzy w ciemnych starych mundurach

– trzecia kompania. Zaatakowali nas na postoju, nie zdążyliśmy wysłać patroli w teren

– Ja jestem przydzielony tu dla osłony marszu pułku, później miałem dołączyć do grup tyłowych. Z czym przychodzicie? – spytał Helmut na ostatek

– Zdecydowaliśmy przebijać się do Braunsbergu. Przyszliśmy po ciebie bo masz doświadczenie w boju. Wiemy, że jesteś ze starego rocznika.

– I co? Mam pójść z wami w dalszym ciągu przelewać krew za Hitlera?

– Niee. Ludzi ocalić. Droga na zachód jest odcięta, Obywatele brną na północ ku morzu. Okręty zabierają ich do Rzeszy, na ziemia wolne od bolszewików.

Helmut pomyślał chwilę:

– Ilu pozostało was z kompanii?

– Czternastu, z tego dwóch lekko rannych, jeden cieżko

– Zbierzcie się i wyjdźcie na północ lasami Wysoczyzny. Unikajcie szos. Sowieci nacierają głównie na otwartej przestrzeni. Ich czołgi naszymi lasami nie przejdą. Za duże zróżnicowanie wyżyn i mokradeł.

– A ty?

– Zwiążę walką przez kwadrans, potem wyruszę za wami. Spotkamy się w Braunsbergu

– Niech będzie jak wolisz

– Pospieszcie się, za niedługo zaczną walić z dział

– Skąd to wiesz?

– A ty byś nie użył artylerii po załamanym natarciu? Powodzenia

Żołnierze zbiegli na dół. W ciągu kilku minut pododdział był gotów do drogi i po opuszczeniu wsi wojskowi zniknęli w gąszczu lasu.

Helmutowi pomimo zimna zachciało się spać. Sądząc że gdy napije się wody orzeźwi się nieco. Sięgnął po manierkę, przechylił do ust,, ale zawarta woda zamarzła. Po ostatnim napełnieniu nie dolał do zawartości wódki i zamarzła. Nie miał skąd jej wziąć. Wcisnął manierkę pod płaszcz trzymając ję teraz na brzuchu, gdzie może za kilka godzin, nadawała by się do spożycia. Założył rękawiczki i dłonie schował pod pachy. W końcu listopada podczas pierwszej fali mrozu i śniegu odmroził sobie obie dłonie toteż teraz nie czuł kiedy marzną tylko poznawał po tym że robiły się sinoczerwone. Sam dziwił się temu, że nadal może normalnie poruszać palcami.

Spojrzał na zegarek wskazujący godzinę ósmą zero pięć. Nie wiedział tylko jak długo strzałki pokazywały tę godzinę bo wskazówki zatrzymały się, natomiast wychylając się nie mógł dostrzec godziny na dużym zegarze na wieży.

Pomyślał o tym aby zejść na drogę, ale zrezygnował. Rozpoczął się zapowiadany przez niego ostrzał artyleryjski. Ogień zaporowy uderzał gęsto. Pociski upadały blisko siebie często w takie same miejsca i niemalże każdy budynek jeśli nie został zniszczony, w najlepszym wypadku był uszkodzony. Pociski padły także na kościół i w drewnianą wieżę, która dopiero po kilku pociskach zajęła się ogniem. Momentu pożaru Helmut nie zobaczył. Poległ od pierwszego pocisku. Jedynie jego karabin spadł na ziemię w miękki lekko zbity śnieg.

Część I: Prusowie

I

Anno Domini 9731

Traktem ciągnął kupiec. Brodaty w długim jasnym kaftanie siedział na zydlu zabitym żelaznymi klinami wystającymi poza burtami dwuosiowego wozu załadowanego rozmaitymi drobiazgami od ozdób i amuletów po różnego rodzaju jedwabną i wełnianą odzież. Wszystko nakryte było skórami chroniącymi przed uporczywie mżącym deszczem, którego krople spadały na dojrzewające liście w nadchodzącej porze siewów.

W niewielkim oddaleniu od siebie płynęła Pasarga2. Nurt prowadził podróżnego na północ, w miejsce gdzie sprowadzali się kupcy zewsząd.

A była to pora ostatniego przed zasiewami targu odbywającego się w określonych cyklach księżycowych jak o miejscowi zwykli czas obliczać. Także więc co kilka faz nad Pasargę ciągnęli kupcy i podróżni zewsząd, na granicę dwóch lauksów rzeką i lądem w jednym kierunku. Jedyną tą drogą wśród lasów i moczar by rozłożyć się i obmienić, bo sprzedać nie można było komu. Jedyny to kraj gdzie moneta prawem swym władzy nie miała, a zarazem łatwo nabyć ją, gdyż Prusi nie cenili jej. Cieszący okiem blask tych kruszców odbiegał zupełnie od przeznaczenia. Moneta ozdobą tylko była.

Kaftan długi dobrze służył podróżnemu. Ciepły i dzielący struchlałe od zimna ciało, ciernie i osty z tarniny zaczepiał jednak, strzępiąc się dotkliwie. Nie pierwszy raz przejeżdżał owym duktem, toteż spodziewał się wszelakich przeszkód.

Daleko przed sobą spostrzegł rozwidlenie. Puszcza rzedła, ustępowała. Droga prowadziła w dorzecze gdzie woda po niedawnych rozstopach wycofała się połaciem do koryta i zostawiła przestrzeń wolną od młodych zarodników drzew. Porastała tu zleżała trzcinowa trawa, co kilkadziesiąt kroków stały rozłożyste wierzby pod którymi koronami tkwiły już rzędy namiotów, straganów i wozów z oferowanymi przezeń towarami. Kilku w swoich stoiskach głośno zawołaniem promowało co cenniejsze swe wyroby. A że przebywali już tu Pomorzany, Kujawiany, z Mazowsza i nawet z małej Polski3 zjednocznonej pod jedną koroną i pierścieniem z orłem, aże z dzikiej Litwy, Rusi i zza morskich Danów, nie pomijając także pokrewniaków z Jaćwi, Sudowi czy też Sambów.4

Kupiec ustawił wóz u zakończenia pierwszego rzędu straganów. Odprowadził konia pod trzciny rzeczne pozostawiając go w niższych madach porośniętych sitowiem, gdzie pęciny zanurzały się w mazi rzecznej.

Odkrył towary spod skór uważnie dzieląc je w dwójnasób. Tkaniny i odzież po lewej, ozdoby, naszyjniki i zdobienia po przeciwległej stronie. Deszcz przestał także mrżyć toteż nagrzany ciepłem rozpiął dwa guziki spod brody u kołnierza. Handlujący założył ręce na piersiach oglądając się dumnie na boczne strony zaniżając oko na towarach sąsiadujących kramów.

Skłonny nie był do tego aby inicjować zawierane transakcje. Nie czekał długo, podążyło ku niemu trzech rosłych mężczyzn.

Każdy z nich odzieny dość przyzwoicie, bez zbędnego dostojeństwa jako w tradycji uważali. Podobnie jak w Prusji w zwyczaju nosili długie włosy, ujednego spięte z tyłu lipowym łykiem, wąsy i broda ścięte w pół wysokości. Charakterystycznym to było u tego ludu i odróżniało od Słowian czy Litwinów. Koszule nosili lniane z czerwonymi i brązowymi ozdobieniami, całe białe o długim rękawie. Przy nadgarstkach również wyszywane były haftki jednokiego koloru co u szyi. Haftki u jednego z miejscowych przysłaniała bransoleta zdobiona brązem, za to dwaj pozostali nosili naszyjniki ze sznura konopnego wyplatanego w węzełki przewiązane wraz ze zdobieniami z brązu, srebra, czasem mienił się bursztyn.

Kupca szczególnie zainteresowała owa bransoleta.

(Na zdjęciu wieża w Lauck).

Przypisy

1 Anno Domini (łac. roku pańskiego)

2 Pasarga – Pasłęka

3 Małopolski

4 Jaćwi, Sudowi czy też Sambów – wschodnie plemiona Prusów