Fiat

– Dziadek! Kiedy jedziemy?
Pan Roman nie spiesząc się ze śniadaniem pogłaskał wnuczka po głowie. Siedmioletni chłopiec tak samo szybko wybiegł z pokoju jak wbiegł. Starszy pan dopił herbatę ze szklanki i podpierając się laską wstał na nogi. Szklankę postawił na talerzyku razem ze sztućcami, które razem ostrożnie zaniósł do kuchni i ustawił w zlewie. Założył wiszącą na krześle marynarkę, wziął z szuflady kredensu mały woreczek kluczami i wyszedł na podwórze.
Starszy pan Roman, 78 -letni kierowca ciężarówki dziś był już na emeryturze. Mieszkał w domu, który był podzielony na dwa mieszkania – większe: zamieszkiwały dzieci z wnukami i mniejsze, gdzie żył dziadek. Do każdego z mieszkań prowadziły osobne drzwi wejściowe.
Gdy zamykał drzwi do swojego mieszkania, idąc do garażu natknął się na dwoje biegających bawiących się wnucząt:
– Dziadek! Juzz?…
– Tak. Już jadę – odparł spokojnie – Ale pojedziecie z mamą i tatą, bo przed mszą chciałbym pojechać na cmentarz do babci.
– A ja też mogę?…
– A ja? Proszę… – błagały dzieci
– Pójdźcie zapytać rodziców! Jeśli się zgodzą, to pojedziecie ze mną.
Dzieci pobiegły do drugich drzwi. Ich rodzice nie pozwolili jednak jechać im ze swoim dziadkiem, gdyż wrześniowy poranek, choć słoneczny i rześki, był jednak zbyt chłodny oraz wietrzny dla młodych organizmów.
Pan Roman wiedząc że wnuki nie pojadą z nim, udał się do garażu. Wszedł bocznymi drzwiami i otworzył główne wrota. Zdjął z karoserii samochodu leżące na nim: duży koc i starą kołdrę. Złożył każde z nich na trzy układając w przeznaczonym do tego miejsca w tylnej części garażu poniżej półek z niezbędnymi narzędziami oraz skrzynkami wypełnionymi częściami do auta.
Następnie właściciel samochodu otworzył niedomkniętą maskę, odkręcił pokrywę filtra powietrza i wymierzając z jednolitrowej butelki dwie nakrętki benzyny, wlał taką zawartość do gaźnika. Nałożył pokrywę, nakręcając na śrubę nakrętkę przypominającą motyla, opuścił maskę i sprytniej nie oszczędzając chwili usiadł za kierownicą Dużego Fiata. Wyjąć cięgno ssania, włożył kluczyk do stacyjki.
Silnik potrzebował zaledwie pół obrotu rozrusznika by wejść w ruch. Jego miarowa i równomierna praca została osiągnięta po trzech minutach kiedy to dziadek wyłączył ssanie. Fiat pracował teraz na niskich obrotach wydając przyjemny zapach spalin mieszającą się z wonią benzyny.
Starszemu właścicielowi pozostało jeszcze sprawdzić czy hamulce się nie „zastały”. Siedząc już na swoim fotelu delikatnie popuszczał pedał sprzęgła wprawiając auto w ruch. Wiedząc że hamulce nie blokowały kół, sprawnie wyjechał na drogę. Zamknął jeszcze drzwi garażu i pojechał na cmentarz.
Pan Roman w tej chwili nie miał świadomości, że dwa dni wcześniej córka z zięciem zdecydowali o sprzedaży jego auta. Chętny do zakupu miał się pojawić w okolicach południa po pierwszej mszy świętej.
Niedziela dla pana Romana była jedynym dniem który spędzał gdzieś poza domem i jechał swoim trzydziestosiedmioletnim fiatem, którego czerwony lakier lśnił w słońcu.
Każdy znał i cenił starego kierowcę, nikt złego słowa o nim nie powiedział. Pan Roman znany był z łagodnego i pogodnego charakteru, potrafiącego rozmawiać z każdym jak też nie odmawiającego nikomu pomocy w potrzebie.
Po powrocie do domu i wstawieniu auta do garażu, dziadek sam usiadł przy piecu grzejąc kości w swoim mieszkaniu. Po około godzinie picia herbaty do słuchającego radia teścia zaszedł zięć:
– Tato! Daj klucze do fiata!
– Co chcesz zrobić? – zaniepokoił się
– Chcę wziąć tylko narzędzia z bagażnika…
Teść podał mu sakiewkę. Zięć prędko wyszedł, a pan Roman ciekaw wyszedł do okna zobaczyć co się dzieje. Przy płocie stał nieznanyu mu samochód i zięć z obcymi mężczyznami wchodzili do wybudowanego przez niego garażu. Długo tak rozmawiali, oglądali auto ze wszystkich stron. W końcu zięć wrócił z dokumentami auta:
– Podpiszesz? – zapytał krótko
– Co to jest?
– Umowa sprzedaży
Pan Roman zmartwił się. Początkowo w myślach zbierał siły by odpowiedzieć stanowcze: „NIE!”, ale najbardziej obawiał się że gdy odmówi nikt nie będzie przez dłuższy czas zamienić z nim słowa, albo zawieść do domu spokojnej starości, jak to często odgrażała się córka gdy pojawiały się pomiędzy nimi nieporozumienia. Dzieci dziadka dotychczas nie liczyły się z jego obecnością, a zdobycie kolejnego metrażu do zamieszkania dla siebie była myślą dla nich kuszącą. Lękał się, że młodzi bezpodstawnie zagarną jego mieszkanie, a sprzedaż fiata mogłaby załagodzić całą sytuację.
Podpisał umowę.
Stary właściciel wyszedł przed dom aby po raz ostatni zobaczyć swoje autko. Kilkanaście minut później fiat z piskiem opon odjechał wraz z pełnym bagażnikiem części zamiennych.
Wrócił do domu z głębokim żalem odczuwanym ostatnio po śmierci kochanej Zofii.
Tego dnia nie zjadł obiadu ani kolacji. Przestał się także pojawiać na niedzielnych mszach. Jaki dalej był jego los… Nie wiem