Chciałem serdecznie podziękować wszystkim za taką liczne odpowiedzi na ostatni post. Teraz mam potwierdzenie użyteczności mojej pracy.

Poniżej przedstawię jeden z moich pierwszych opowiadań, a właściwie obrazków, niepublikowanych w żadnym z wydawnictw. Pisany w latach, kiedy fiacika jeszcze nie posiadałem a jedynie o nim śniłem. Gdy wszystkie marzenia i miłostki istniały w sferze iluzji, mogących nigdy się nie wypełnić. Kiedy wszelkie problemy były o tyle ważne, że kiedy na nie dziś spojrzymy wydają nam się błahostkami w porównaniu z dzisiejszymi sprawami.

Popatrzcie, często słyszymy stwierdzenie, iż świat się zmienia. Otóż jest to błędne określenie. To nie świat się zmienia, ale ludzie go zmieniają, poczynając od samych siebie, od nowego spoglądania na wartości,  czy pozyskiwania nowego doświadczenia.

I ten tekst poniżej jest jakby z mojego innego dawnego świata. Wiele w nim niedoskonałości, błędów więcej niż zdań, ale jest on ważny. Jest on niejako dziewiczy, jednym z pierwszych, napisany bez celu, z potrzeby wyrażenia siebie, ukrytego ducha, a może ukazania pragnień. Zachęcam do lektury i proszę o wybaczenie za błędy – nie korygowałem ich, bo zniszczyło by swoistą oryginalność tego obrazka. Zapraszam…

 

Ze wspomnień młodego podoficera (po latach)

O ile dobrze pamiętam, to było jakoś w początkach lutego czterdziestego czwartego roku. Od razu po napisaniu matury, pod gimnazjum podjechały ciężarówki, aby zabrać nas do wojska. Mało który z nas służył w miejscowym Hitlerjugend, więc nie mieliśmy pojęcia o szkoleniu, jakie nas czeka. Baliśmy się. Komunikaty mówiły jedno, ale od ludzi słyszało się prawdę o wojnie, o fuhrerze.

I tak. Oficerowie dali nam godzinę, by udać się do do domów i zabrać niezbędne rzeczy. Potem mieliśmy się stawić pod budynkiem szkoły.

W domu przebrałem się, wziąłem trochę chleba do torby oraz napisałem kartkę, że idę do wojska i żeby się o mnie nie martwili. Cóż mogłem zrobić innego, kiedy nie byli w domu? Matka sprzątała w biurze, a ojciec był inżynierem, – oboje w fabryce Schichaua. Wyszedłem z mieszkania, klucz zostawiłem pod wycieraczką i z westchnieniem opuściłem kamienicę.

Potem było szkolenie. Bez sensu. Musztra, czyszczenie broni, czołganie, bieganie, znowy czołganie i znowu bieganie. Po co to komu? Ale przynajmniej miałem nowych przyjaciół. Zaprzyjaźniłem się z Johannem Schumannem, który pochodził z Allenstein. Razem było raźniej. Razem czytamy goebbelsowskie głupoty z Volkslicher Beobachter.

Na święta pozwolono nam pojechać do domów. Od ponad miesiąca nie widziałem rodziców. Miło spędziłem święta, które szybko minęły i od razu trzeba było wrócić do jednostki. Zamierzałem pójść na kurs podoficerski. Nasz dowódca mówi, że nieźle bym sobie poradził. Zawsze jest to inaczej, być gefreitrem, a nie zwykłym szeregowcem.

Kurs podoficerski udało mi się ukończyć z wyróżnieniem. Miałem stopień kaprala i powierzono mi dowództwo nad drużyną rozpoznawczą. Wtedy już krążyły pogłoski, że cała dywizja zostanie skierowana na front na Węgry, ale wiedziałem, że to się nie sprawdzi. A w międzyczasie Hitler ogłosił większe miasta twierdzami. Mój rodzinny Elbing jest zamieniany w twierdzę.

Nieco mnie zdziwiło, że skierowano mnie i moich ludzi na zachód, do małego miasteczka o nazwie Preussisch Holland. Mieliśmy się rozlokować w kamienicach nieopodal rynku, w pobliżu zamku. Miasto było pięknie położone, na dużym wzgórzu, otoczone murami, wzdłuż których szła promenada z widokiem na okoliczne pola i lasy. Zakwaterowałem się u państwa Neumann, którzy mieli małego synka i córeczkę. Byli dla mnie bardzo gościnni, ale po czasie zauważyłem, że im trochę zawadzam.

Co potem? Siedzieliśmy w tym Hollandzie i nudziliśmy się. Świat jakby o nas zapomniał. Poza tym byliśmy w tym mieście chyba jedyną jednostką wojskową.

W miasteczku niepokój. Ze wschodu i z południa, pojawiali się obcy ludzie i opowiadali straszne rzeczy. Nie było ich wprawdzie wielu, ale wiedziałem, że nadejdzie czas i będzie ich coraz więcej. Widziałem strach w oczach mieszkańców. Poza tym miały tu stacjonować dwa bataliony Volkssturmu, ale skierowano je na front. Pani Neumann pytała mnie, co z nami będzie. Nie potrafiłem jej odpowiedzieć.

Dowództwo twierdzy Elbing, której teraz podlegamy, nie przysyła nam żadnych rozkazów. Trochę się obawiam, mimo że Rosjanie są daleko.

Święta i Nowy rok spędziłem na kwaterze u Neumannów. Trochę się z sobą zżyliśmy (mieszkałem u nich przeszło dwa miesiące). Niestety nie miałem czym im zapłacić, gdyż przez cały ten czas otrzymywaliśmy żołdu, a oszczędności mi się dawno skończyły.

Sporadycznie widywało się podoficerów i żołnierzy, którzy przebywali tu na urlopie.

W końcu stycznia dotarł kurier na motocyklu, który wręczył mi rozkazy na najbliższe dni. Od tej pory mój pododdział podlegał dowództwu twierdzy Wormitten jako pododdział rozpoznawczy. Mieliśmy się tam udać pieszo, drogą na wschód. Na podzamczu zarekwirowałem wóz konny i tak udaliśmy się do wsi Kopiehnen, a potem dalej do Behlendorf. W miejscowościach tych były tylko puste domy. Pod wieczór dałem rozkaz skierowania się na północ do małej wioski. Na drogowskazie było napisane Liebenau. Miałem nadzieję, że tam spotkamy jakichś ludzi. Nie rozczarowałem się, ale we wsi były tylko kobiety, starcy i dzieci. Postanowiłem, że tam przenocujemy. Przy okazji, poznałem ładną dziewczynę, z którą spędziłem cały długi zimowy wieczór.

Wystawiłem dwóch ludzi na warcie, którzy mieli się zmieniać co trzy godziny. Reszcie zabroniłem palenia w piecach, by sprawiać wrażenie, że miejscowość jest opuszczona. Rozkazałem strażnikom meldować o każdym hałasie.

Chłopcy zbudzili mnie nad ranem, około czwartej. Z południowego wschodu słychać było ciche niepokojące odgłosy. Dałem rozkaz przejścia kolonią wsi do lasu. W momencie, kiedy dobiegliśmy do linii drzew, z kierunku wioski ukazały się sylwetki sowieckich pojazdów i żołnierzy.

Ukryliśmy się w zaroślach, kiedy to z boku wyjechały dwa nasze czołgi. Rosyjskie wozy przyspieszyły. Obie Pantery oddały strzały z dział do rosyjskich czołgów, z których jeden stanął w płomieniach. Widziałem jak ich czołgiści próbowali się wydostać z płonących maszyn, ale umierali w męczarniach. Pozostałe rosyjskie czołgi odpowiedziały ogniem i zniszczyły jedną z Panter. Druga wycofała się w las. Rosjanie stanęli i na ślepo oddali kilka pocisków w stronę lasu, po czym cofnęły się do wioski, gdzie zostali na postoju.

Po dłuższej chwili, przeszliśmy na jedno z dwóch wysokich wzgórz, znajdujących się po obu stronach drogi, wiodącej do lasu. Leżeliśmy tak i przez lornetkę obserwowałem prawie całą okolicę. Kiedy tylko Rosjanie usadowili się we wsi, zaczęli wszystko rabować i demolować. Powyciągali ludzi z domów i ustawili wzdłuż drogi.

Tego nigdy nie zapomnę, jak jeden z bolszewików chwycił moją Hildę, zaprowadził za jeden z domów i nad rzeczką gwałcił. Tego nie mogłem ścierpieć, przyłożyłem Schmeissera do ramienia i oddałem strzał w ich kierunku. Nie pomyślałem, że nas było tylko sześciu, a ich kilkudziesięciu i mieli trzy czołgi. Niecelna kula nieco wystraszyła Rosjan, zwłaszcza tego który gwałcił. Ludzie się rozbiegli, a ci (Sowieci) skierowali się w naszą stronę. Dałem znak do wycofania się, ale nagle zmieniłem zdanie gdy zobaczyłem, że z ich wszystkich wydzieliła się niewielka grupa żołnierzy, którzy szli drogą w naszym kierunku. Postanowiłem ich zaatakować. Gdy tylko weszli w zasięg rzutu granatami, uderzyliśmy. W ciągu kilku sekund wszyscy bolszewicy leżeli martwi. Reszta gdy tylko usłyszała strzały biegła na pomoc. My prędko wycofaliśmy się do lasu, w kierunku gdzie wycofał się nasz czołg, z nadzieją, że spotkamy naszych.

Kwiecień 2012 r