Kolejna miejscowość na trasie odkrywania Prus Wschodnich: Ławki.
Wioska jest malowniczo położona na dwóch wzgórzach, na których szczycie znajdował się kościół i zespół pałacowo-parkowy rodziny książęcej von Dohna.
Moim głównym celem wyjazdu było obejrzenie ruin kościoła Ławkach, a szczerze mówiąc sam widok pozostałości głęboko mnie wstrząsnął. Teren jak i właściwe ruiny zostały przegrodzone żerdziami z nabitymi sztachetami na dwie połowy. Jedna część wraz z wnętrzem świątyni była zarośnięta drzewkami, których wysokość i średnica pni wskazywała na około 8 do 10 lat, natomiast druga połowa bliższa szosy przecinająca ostrymi zakrętami miejscowość musiała być terenem wypasanym przez bydło na co wskazywało łąkowe podłoże oraz liczne odchody na które nie trudno było natrafić (nie wspominając o otaczającym drucie pastwiskowym).
Oswoiwszy się z tym widokiem wszedłem na teren przyświątynny i zrobiłem kilka zdjęć samych ruin jak również tablicy pamiątkowej czczących ofiary poległe w pierwszej wojnie światowej. Ciekaw tego co mógłbym zobaczyć po drugiej stronie kościoła udałem się tam, lecz od strony domniemanej zakrystii zaskoczył mnie dużych rozmiarów owczarek.
Łańcuch pozwolił zachować dystans psa ode mnie, który bezsilny wobec stali, nie siłował się tylko ujadając głośno wyrażał swoje zdanie na temat mojego pobytu na tym terenie. Rozumiejąc intencje pokornie wycofałem się na szosę i już pieszo udałem się w głąb wioski. Widząc siedzących w podwórzu zagadałem do pary starszych ludzi, z których mężczyzna chętnie zamienił ze mną kilka słów na temat kościoła oraz nieistniejącego dziś pałacu.
Ogólny widok ruin zgadzał się z opisem miejscowego jak to w 1945 roku na wieży kościoła założył stanowisko niemiecki snajper, który widać skutecznie zahamował natarcie Armii Czerwonej. Oczywiście musiało minąć trochę czasu nim Sowieci domyślili się w czym rzecz i ostrzelali świątynię z ciężkiej artylerii czego rezultaty widać dziś po 70 latach.
Podziękowałem za rozmowę i korzystając ze wskazówek jakich mi udzielił poszedłem w kierunku stojącego kiedyś pałacu. Obecnie pozostały tam trzy budynki z całego kompleksu, których dawne przeznaczenie trudne jest określenia, teraz zaś pełnią rolę domów mieszkalnych i kaplicy, w którego społeczność gromadzi się na co niedzielnych mszach św o godzinie 12,30.
Nieśmiało wkradłem się na jedno z podwórek. Tu niestety zawiódł mnie telefon komórkowy pełniący rolę aparatu (pora zakupić jakiegoś sensownego Canona). Nie zniechęcony oraz uspokojony przez mały dzwonek (bez powodu wiszący i nieznający swojego przeznaczenia, tylko hałasujący z każdym większym podmuchem wiatru) bacznie oglądałem budynki zwracając szczególną uwagę na bogato zdobione gzymsy i charakterystyczne okna, których idealnej symetrii nie zdołały zniszczyć współczesne remonty.
Mijając podwórko znalazłem się na jednej alejce świadczącej o granicy dawnego przypałacowego parku. Niestety przyroda swoim prawem ucharakteryzowała park na swój sposób co jest zupełnie naturalne. Jedna rzecz jednak zniechęciła mnie zupełnie do kontynuowania spaceru przedwojenną alejką. Otóż stojący na środku otwarty osmarowany kałem wychodek.
Stwierdzając iż nie jest to ostatnie zjawisko które w swoim życiu kiedyś ujrzę zawróciłem się do samochodu. Spisywałem wszystko w formie relacji na brudno, gdy idący do swoich sąsiadów starszy pan zapytał mnie o Fiata. A żeby dotrzeć do sąsiadów musiał przejść przez przysklepowy parking na którym postawiłem auto zwrócił więc uwagę na rzadko spotykane już dzisiaj samochód. Porozmawialiśmy też o Ławkach, całej historii okolicy potwierdzając wszystkie fakty usłyszane wcześniej. Podpowiedział mi jeszcze kierunek pozostałości starego cmentarza, pożyczył „Wszystkiego Dobrego” i tak zniknął. Nie czekając podążyłem boczną drogą w kierunku zachodnim do najbliższego lasku. Asfalt jak i ostatnie zabudowania miałem za plecami, kocie łby posypane żwirem zaprowadziły mnie na wiejski cmentarzyk.
Przy jego wejściu przypatrzyłem się na murowany ceglany słup, będący dawniej na pewno częścią płotu otaczającego miejsce spoczynku byłych mieszkańców i po korzeniach ukopanych z ziemi oraz ułożonych w formie stopni schodów wszedłem gęstwinę. Ścieżka zaprowadziła mnie do kilku polskich grobów z lat 40. i 50.XX wieku, obok nich stał tylko jeden poniemiecki. U jego podnóża stał niewielki kamień z wyżłobionymi jelenimi rogami będącej niegdyś symbolem potęgi dawnego rodu.
Rosnące po pas pokrzywy oraz mocno wplatający się w stopy bluszcz często porastający takie wiejskie cmentarze umiejscowione na piaszczystych wzgórkach uniemożliwił mi odkrycie kolejnych grobów, jednocześnie stwarzając okazję ponownego przyjechania tu zimą bądź wczesną wiosną następnego roku.
Czy tak się stanie to już przyszły rok pokaże.